Hairwald

W ciętej ranie obecności

Archive for the tag “Jerzy Radziwiłowicz”

Morawiecki Ziobrę, czy Ziobro Morawieckiego? Kto zawiśnie za żebro?

Co naprawdę myśli Mateusz Morawiecki o Polakach? Pokazały to . Teraz pokaże to całej Polsce kolejny ! Podajcie dalej!

Ruszył

Największa grupa respondentów (49 proc.) uważa, że premier Mateusz Morawiecki powinien podać się do dymisji po opublikowaniu nagrań z afery podsłuchowej. Przeciwnego zdania jest co czwarty ankietowany, a zdania w tej sprawie nie ma 27 proc. badanych.

>>>

Według politologa prof. Antoniego Dudka wynik tego sondażu to fatalna wiadomość nie tylko dla premiera, ale i prezesa Jarosława Kaczyńskiego, który przeforsował go na to stanowisko. – Odsetek przeciwników dymisji Mateusza Morawieckiego jest znacznie mniejszy od odsetka zwolenników PiS oscylującego wedle innych badań w przedziale 35-45 proc. Jeśli premierowi nie uda się przekonać do swoich racji większości z 27 proc. nie mających zdania w tej sprawie, a podobne wyniki potwierdzą kolejne badania, to premier Morawiecki z wyborczej lokomotywy PiS, może się zamienić w najcięższy wagon do niej przyczepiony – komentuje.

Jeszcze przed wypłynięciem nagrań, dymisji premiera domagał się Grzegorz Schetyna w związku z tym, że Morawiecki musiał prostować swoją wypowiedź na temat inwestycji realizowanych przez rząd PO-PSL.

Od wybuchu afery podsłuchowej prezes PiS Jarosław Kaczyński i premier Mateusz Morawiecki dzwonią do siebie po kilka razy dziennie. Spotykają się co kilka dni. Wszystko ze sobą konsultują – co Morawiecki ma powiedzieć na wiecu, ile pieniędzy może obiecać na inwestycje w regionach podczas podróży po kraju. Kaczyński odetchnął z ulgą, bo według badań zamówionych przez PiS afera podsłuchowa na razie nie załamała poparcia dla partii. Bliski doradca prezesa mówi mi, że zmiany w poparciu dla PiS i premiera są w granicach błędu statystycznego. Zaufanie do Morawieckiego spadło o 1 punkt procentowy, a notowania PiS wzrosły o jeden punkt. Dlatego w PiS uważają, że ujawnienie nagrań raczej nie wpłynie na wynik wyborów samorządowych.

Według mojego rozmówcy Kaczyński początkowo obawiał się, że ujawnione nagrania negatywnie odbiją się na poparciu dla PiS i premiera w twardym elektoracie, bo wyborcy PiS uznają, że Morawiecki jednak nie jest swój i pozostał „banksterem”. Dlatego w PiS zapadła decyzja, że na finiszu kampanii samorządowej trzeba się zająć przede wszystkim utwardzaniem własnego elektoratu. Bo mógł zwątpić w Morawieckiego, który jest twarzą kampanii. Na ujawnionych nagraniach premier chwali kanclerz Niemiec Angelę Merkel, sam siebie nazywa liberałem i mówi, że ludzie powinni obniżyć oczekiwania, bo gdy „po wojnie i w jej trakcie zap… za miskę ryżu, to gospodarka się rozwijała”. Dla wyborców PiS, którzy od trzech lat słyszą szefa rządu popierającego rozdawanie pieniędzy i jego zapewniania, że Polacy powinni zarabiać tyle, co ludzie na Zachodzie, to mógł być szok. W innym fragmencie nagrania Morawiecki, wówczas prezes BZ WBK, komentując reklamę banku z Chuckiem Norrisem, mówi, że „ludzie są tacy głupi, że to działa. Niesamowite”.

Kłopotliwa taśma Morawieckiego

Ziobro stoi za ujawnieniem nagrań premiera?

Według moich rozmówców Morawiecki jest przekonany, że za ujawnieniem nagrań stoi minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro. Jako prokurator generalny dokładnie wiedział, co jest w materiałach śledztwa w sprawie afery podsłuchowej i co jest w nagraniach. Mógł zainspirować dziennikarzy, żeby je ujawnili. Ziobro od trzech lat wojuje z Morawieckim o wpływy w spółkach skarbu państwa. Zaufany współpracownik szefa rządu zwraca uwagę, że minister sprawiedliwości milczał przez tydzień po ujawnieniu nagrań. Dopiero w poniedziałek tydzień temu wystąpił na konferencji prasowej i mówił, że należy zadać pytanie o apolityczność sędziów Sądu Najwyższego, którzy udostępnili dziennikarzom akta sprawy. Podczas rozmowy z Jarosławem Kaczyńskim Morawiecki przyznał, że podejrzewa Ziobrę o zainspirowanie dziennikarzy. Przekonywał prezesa, że konflikt trzeba wreszcie przeciąć.

Kilku rozmówców w PiS uważa, że jeśli wynik wyborów samorządowych będzie zły albo średni, to zacznie się szukanie winnych. A skoro Morawiecki jest nie do ruszenia, bo ma być twarzą partii nie tylko w kampanii samorządowej, ale także w kampanii do Parlamentu Europejskiego i parlamentarnej w 2019 roku, to może paść na Ziobrę.

– Morawiecki będzie mógł powiedzieć, poprowadzę was do wyborów, ale nie w tych warunkach, kiedy co chwilę ktoś podstawia mi nogę – mówi ważny polityk PiS. Dodaje, że Kaczyński pewnie zgodzi się na wszystkie propozycje Morawieckiego. To może oznaczać, że po wyborach samorządowych wróci pomysł wysłania Ziobry do Parlamentu Europejskiego. Jest pytanie, czy minister sprawiedliwości da się wypchnąć. Gdy powstawała koalicja Zjednoczonej Prawicy, mówił, że chce kandydować do PE. Ale później jego chęć startu osłabła. W umowie koalicyjnej, którą Zjednoczona Prawica odnowiła w grudniu, zapisano jedynkę na Mazowszu do europarlamentu dla wicemarszałka Senatu Adama Bielana z partii Jarosława Gowina, dwójkę na Dolnym Śląsku dla Beaty Kempy z Solidarnej Polski Ziobry i trzecie miejsce w Małopolsce także dla SP. Współpracownicy prezesa pytali wtedy Ziobrę, czy będzie startował. Odpowiedział, że jeszcze nie zdecydował, ale raczej nie.

– Jeśli Zbyszek będzie w stanie się obronić, to zostanie w Polsce. A jeśli uzna, że Morawiecki jest zbyt silny, to ucieknie na pięć lat do Brukseli – mówi doradca Kaczyńskiego.

Ale nawet jeśli Ziobro zostanie w rządzie, to jest praktycznie przesądzone, że za aferę podsłuchową zapłaci osłabieniem wpływów w spółkach skarbu państwa. W otoczeniu Kaczyńskiego coraz bardziej umacnia się przekonanie, że cała kampania przeciwko Morawieckiemu jest zasilana pieniędzmi ze spółek kontrolowanych przez ludzi Ziobry. I nieważne, czy to jest prawda, czy nie. Ważne, że Kaczyński coraz bardziej zaczyna w to wierzyć.

Nie boicie się jeszcze? To już czas zacząć. Kaczyński chce, żeby było gorzej. O jak on chce, to dostaje. „Zależy nam na tym, aby poziom życia zmniejszał się”…

Co naprawdę myśli Mateusz Morawiecki o Polakach?

Pokazały to #TaśmyMorawieckiego. Teraz pokaże to całej Polsce kolejny #KonwójWstydu!

Holtei

Niedziela 7 października. Morawiecki: środki z Unii pomagają naprawiać chodniki

Premier Mateusz Morawiecki stwierdził podczas spotkania wyborczego z mieszkańcami Dębicy, że rząd PiS odzyskał z podatku VAT więcej pieniędzy niż Polska otrzymuje z dotacji Unii Europejskiej. „Pozyskaliśmy więcej środków od bandytów, mafii VAT-owskich, przestępców podatkowych. To jest w budżecie […], więcej środków od tych bandytów, którzy swobodnie sobie hulali po państwie polskim za czasów PO i PSL, więcej środków odzyskaliśmy niż środki unijne. Środki unijne są ważne, cieszymy się z nich. One nam pomagają odnawiać chodniki. Ale dużo więcej dobra przynosi rząd Prawa i Sprawiedliwości”.

Poniedziałek 8 października. III RP według Gadowskiego

Witold Gadowski napisał w „Sieciach”: „III RP nie istnieje – w zamian zaserwowali nam zuchwałą i prostacką podróbkę – coś, co z natury budzi niesmak i zwątpienie. »Spawacza« Jaruzela zrobili prezydentem, Kiszczaka ministrem, Siwickiego ministrem, a na premiera obrali dygota i zaprzańca, który chciał kary dla biskupa Kaczmarka. …

View original post 6 083 słowa więcej

PiS to kłamstwa, chamstwo i buta

>>>

Spotkanie z Polonią i odznaczenia dla australijskich polityków – w ten sposób prezydent Andrzej Duda rozpoczął wizytę w Australii. Ale część Polonii nie jest z tej wizyty zadowolona.

Prezydent Andrzej Duda jest teraz w Melbourne, a w najbliższych dniach będzie także w Canberze i w Sydney, odwiedzi również Nową Zelandię. To pierwsza wizyta polskiego prezydenta w tych dwóch krajach.

Jednym z jej najważniejszych celów są spotkania z Polakami w roku 100-lecia odzyskania niepodległości – podaje pałac prezydencki. – Jestem szalenie wzruszony, że w tak ważnym dla nas, wszystkich Polaków, roku stulecia odzyskania niepodległości w 1918 roku mogę stać tu, w Australii, po drugiej stronie świata, patrząc na moich rodaków, którzy tutaj żyją – mówił Andrzej Duda podczas uroczystości wydanej przez gubernator stanu Wiktoria.

Andrzej Duda w Australii. Polonia pisze do premiera kraju

Tymczasem, jak donosi OKO.press, Polacy w Australii wystosowali list do premiera Malcolma Turnbulla i szefowej australijskiego MSZ, Julie Bishop.

Premier Australii oraz Pani Minister Spraw Zagranicznych Australii spotykają się za kilka dni z Prezydentem Andrzejem Dudą. Chcemy, aby mieli pełne zrozumienie sytuacji politycznej w Polsce oraz roli, jaką odgrywa Andrzej Duda w niszczeniu demokracji w Polsce

– czytamy na stronie naszademokracja.pl, na której został umieszczony list. Tam też można go podpisać. W treści znajduje się prośba, by władze Australii na spotkaniu z Dudą wyraziły obawę odnośnie sytuacji w Polsce. Chodzi m.in. o zmiany w sądownictwie. Twórcy dokumentu stwierdzają, że prezydent Duda podpisał 26 lipca „niekonstytucyjną ustawę”, która pozwoli rządzącemu PiS uzyskać wpływ na Sąd Najwyższy.

„Radykalne zmiany w sądownictwie (…) są obliczone na to, by skupić w rękach rządzącej partii kontrolę nad władzą sądowniczą” – czytamy. Jest też wzmianka o „wielotysięcznych protestach w obronie demokracji, sądów i wolności słowa w Polsce” oraz o zastrzeżeniach UE do zmian w naszych sądach.

Prezydent Polski nie tylko nie obronił demokracji, nie wetując niekonstytucyjnego prawa, ale dąży do zmiany konstytucji, by zagwarantować prezydentowi większą władzę, a także nadać większe prawa wybranym grupom, przy jednoczesnej dyskryminacji mniejszości religijnych i innych mniejszości w Polsce

– napisano w liście do władz Australii. Na portalu widnieje informacja, że (do momentu publikacji tego artykułu) zebrano pod nim ponad 1200 podpisów.

>>>

NEWSWEEK: Dlaczego zaangażował się pan w czytanie konstytucji podczas ulicznych protestów?

Jerzy Radziwiłowicz: – Dać głos sprawie to minimum tego, co można robić. Piękny tekst preambuły naszej konstytucji czytam publicznie już dwa i pół roku. Pierwszy raz stało się to, gdy rozpoczęło się niszczenie Trybunału Konstytucyjnego. Było dla mnie jasne, że PiS bierze się za bary z tą instytucją nie po to, aby polepszyć jej prace. Od początku miałem poczucie, że rządzi nami chuligańska formacja, która zmierza w złą stronę. Do partii Kaczyńskiego nie mam za grosz zaufania od czasu pierwszych rządów. Już to, co robili w latach 2005-2007 przerażało mnie, ale wtedy mieli za mało czasu i możliwości, aby dokonać tego, co teraz.

Wyciągnęli z tamtych rządów jakieś wnioski?

– Są bardziej brutalni i skuteczniejsi. Nie muszą układać się z nikim w koalicji. Gdy większość sejmowa spadła im z nieba, zrozumieli, że hulaj dusza, więc robią, co chcą.

Dla Birkuta, postaci PRL-owskiego przodownika pracy, którego zagrał pan w „Człowieku z marmuru” i „Człowieku z żelaza” przełomem w myśleniu była podana mu gorąca cegła, która poparzyła mu ręce.

Ta cegła cały czas jest przez władzę podgrzewana. Kwestią czasu jest to, kiedy zacznie parzyć.

Jeden z bohaterów „Człowieka z żelaza” radzi: „Jak siedzisz w gnoju po szyję, to się nie szarp, bo się całkiem utopisz”.

Każdy – nawet ten, kto manifestuje pod Sejmem, musi pracować, płacić kredyty, zajmować się rodziną, układać się z rzeczywistością, która go otacza. To, że trzeba jakoś żyć nie oznacza jednak, że wszystkim będzie w tej rzeczywistości wygodnie, że wszyscy będą chcieli urządzić się w tym – jak pani cytuje – gnoju.

Co pana najbardziej uwiera? 

Trudno powiedzieć co konkretnie. Uwiera wszystko. To, jak ci ludzie się wypowiadają jest okropnie irytujące. Przecież chyba nawet dziecko już rozumie, że nie jest tak, jak próbują nam wmówić. Kłamstwo, szyderstwo, chamstwo i buta tej władzy są nie do zniesienia.

Wojciech Maziarski na koduj24.pl pisze o Węgrzech.

Coroczne marcowe pielgrzymki sekty smoleńskiej na Węgry przyprawiły Polakom gębę sojuszników orbánowskiej dyktatury.

Na wielkim placu Kossutha przed majestatycznym neogotyckim budynkiem parlamentu w Budapeszcie przy wielkim maszcie z węgierską flagą narodową honorową wartę trzyma dwóch honwedów. Stoją sztywno i nieruchomo, jakby kij połknęli, z karabinami opartymi kolbami o ziemię. Podziwu godne. Upał grubo powyżej 30 stopni, a na nich nie widać śladów potu. Spojrzenia oczu osłoniętych ciemnymi okularami kierują na wprost, ku szerokim kamiennym schodom prowadzącym do budynku.

Gdyby obrócili się nieco w prawo, ujrzeliby kopułki dwóch niepozornych namiotów rozłożonych na granitowych płytach placu. Tu też wartę trzymają dwie osoby – mężczyzna i kobieta. Siedzą na składanych turystycznych krzesełkach i coś czytają. Widać, że nie mają za wiele do roboty. Wokół żołnierzy krążą roje fotografujących się turystów – cudzoziemców i Węgrów z prowincji, którzy przyjechali zwiedzać stolicę. A przy namiotach nie dzieje się nic. Zwiedzający z oddali spoglądają na placówkę demonstrantów, całą swą postawą okazując dystans. Tak jakby ten protest w ogóle ich nie dotyczył – nie nasza sprawa, niech ci dziwacy sami sobie demonstrują.

Dramat frankowiczów na Węgrzech jest o wiele większy niż w Polsce
Na żółtej płachcie opartej o jeden z namiotów widnieje napis: „Reżim Orbána = bankowy terror”. To hasło kredytobiorców, którzy przed laty kupili mieszkanie za pożyczone franki, a teraz lądują na bruku. Wprawdzie na początku roku 2015 rząd Orbána przewalutował wszystkie kredyty walutowe na forinty, ale nie uratowało to wielu zadłużonych rodzin, które zaciągnęły pożyczki przed kryzysem finansowym 2009 roku.

Problem kredytów walutowych ma na Węgrzech o wiele większą skalę niż w Polsce. W 2011 r. wartość portfela kredytów walutowych na Węgrzech stanowiła 20 proc. PKB, a w Polsce 12,5 proc. Średnie oprocentowanie kredytów frankowych na Węgrzech w latach 2008-2014 wynosiło 6,1 proc., a u nas 2,3 proc. To sprawiło, że w 2014 r. aż 40 proc. zaciągniętych kredytów węgierskie banki musiały uznać za zagrożone. W Polsce tych zagrożonych było tylko 3,5 proc. Polscy frankowicze jęczą i dyszą z wysiłku, ale na ogół spłacają swoje zobowiązania, węgierscy – tracą dorobek całego życia.

W ostatnich miesiącach nasiliła się na Węgrzech fala eksmisji – banki sprzedają niespłacane kredyty firmom windykacyjnym, które przejmują mieszkania i eksmitują zadłużonych lokatorów. Eksmisja na bruk jest na Węgrzech prostsza do przeprowadzenia niż w Polsce.

Po kwietniowych wyborach opozycja poszła w rozsypkę
Jako jedyny wyłamuję się z tłumu obojętnych turystów i podchodzę do demonstrantów. Pytam, czy można ich sfotografować i opublikować ich zdjęcie. Jasne, że można. Wręcz dziękują za to. Są wdzięczni, że chcę rozpowszechnić informację o ich proteście. Wstają, żeby pozować do zdjęcia.

Na wielkiej białej płachcie rozłożonej na bruku przed namiotami każdy może wpisać, co mu serce dyktuje. Większość napisów pochodzi od zagranicznych turystów, wśród wielu innych widzę słowo „Poland”, a nawet deklarację, że Kosowo należy do Serbii („Kosovo je Srbija”). Węgierskich wpisów jak na lekarstwo. Widać, że protesty przeciw rządom Orbána nie wywołują spontanicznych odruchów sympatii i poparcia.

– Sytuacja bardzo się pogorszyła po wiosennych wyborach, w których rządzący Fidesz zdobył większość dwóch trzecich miejsc w parlamencie, pozwalającą zmienić konstytucję – mówi mi Bálint Magyar, autor książki „Węgry. Anatomia państwa mafijnego”. – Opozycja się załamała i poszła w rozsypkę. Lajos Simicska, oligarcha, który stawiał opór Orbánowi i utrzymywał ostatnie opozycyjne media, poddał się i sprzedał władzy swoje gazety i stacje radiowe. Młodzież zamiast się buntować woli emigrować.

Demokratyczna Polska musi się zrehabilitować
– My tutaj nie reprezentujemy żadnej partii politycznej – mówi kobieta z namiotu przed parlamentem. Ma na imię Eszter. Informuje, że namioty na placu stoją od kilku tygodni, a ich obsada rotacyjnie się zmienia – zupełnie jak u nas w miasteczku wolności przed Sejmem czy wcześniej w KOD-owskiej „puczepie” w Alejach Ujazdowskich przed siedzibą rządu. Opowiadam Eszter o tych polskich placówkach opozycyjnych. Jest bardzo zdziwiona. Myślała, że większość Polaków popiera Orbána i Kaczyńskiego. Skąd jej to przyszło do głowy?

– Co roku 15 marca przyjeżdżają tu tłumy Polaków, by uczestniczyć w marszu organizowanym przez orbánowski reżim – mówi. Tłumaczę jej, że te wyjazdy organizuje sekta smoleńska zorganizowana w Klubach „Gazety Polskiej”. W istocie to margines polskiego społeczeństwa.

Na pożegnanie daję jej wizytówkę i obiecuję pomóc nawiązać kontakt z ludźmi, którzy w Warszawie zorganizowali miasteczko namiotowe przed Sejmem. Tłumaczę jednak, że rozwiązanie problemu kredytów frankowych nie jest u nas ważnym postulatem opozycji. Są znacznie pilniejsze i ważniejsze sprawy. Chyba nie wyłożyłem tego dostatecznie jasno, bo jeszcze tego samego dnia wieczorem dostaję maila: „Niech żyje przyjaźń polsko-węgierska. Demonstranci z placu Kossutha proszą o zdjęcia warszawskiej demonstracji w sprawie kredytów frankowych”. Będę musiał jeszcze raz to wytłumaczyć.

Przede wszystkim zaś muszę coś zrobić – i to nie tylko ja, wszyscy musimy się w to zaangażować – żeby przeprosić węgierskich przyjaciół za coroczne pielgrzymki sekty smoleńskiej do Budapesztu. Musimy uświadomić im, że demokratyczna Polska ma zupełnie inne oblicze i nie wspiera dyktatury Orbána.

Waldemar Mystkowski pisze o Morawieckim i Dudzie.

W sile 60 chłopa, nie licząc wszak prezydentowej, poleciała do Australii delegacja prezydencko-rządowa, aby nie nabyć fregat rakietowych Adelaide, a jedynie podpisać list intencyjny, bo już raczej wiadomo, że do zakupu nie dojdzie. Tak zadecydował – jak media relacjonują – premier Mateusz Morawiecki, który nie kiwnie palcem w bucie, gdy mu na to nie pozwoli prezes Jarosław Kaczyński.

Jeszcze wczoraj szef Biura Bezpieczeństwa Narodowego Paweł Soloch zarzekał się, że ten 30-letni pływający złom jest OK: „fregaty obronią nas na Bałtyku”, zaś szef kancelarii Andrzeja Dudy Krzysztof Szczerski wycierając pot z czoła zapewniał: „to „polsko-australijsko-amerykańskie porozumienie wojskowe”. Za to nic na ten temat nie mówił minister obrony Mariusz Błaszczak, bo był zajęty lekturą, co też prasa na świecie pisze o nim jako ekspercie od sodomitów.

Prezes Kaczyński mógł dojść do skądinąd słusznych uczuć patriotycznych, po kiego wyrzucać w błoto miliardy na złom australijski, kiedy za darmo jest rdzewiejąca stępka pod prom w Szczecinie.

Do pisowskiego wariatkowa przyzwyczailiśmy się, a nawet jesteśmy na takie newsy gruboskórni, impregnowani, nie wyzwala się w nas już większe oburzenie. Ot, kolejna głupawka rządzących. Australijczycy też mogą podobnie odczuwać, choć negocjacje były długie i wyczerpujące. Ale ambasadę mają przy Nowogrodzkiej, więc z tym klimatem absurdu są aż nadto zaznajomieni.

Prezydent Duda i tak nie miał w planach spotkania na antypodach z kimś ważnym, bodaj tylko z gubernatorem jednego ze stanów. Przynajmniej Agata Kornhauser-Duda będzie mogła zaprezentować kreację koktajlową. Jest problem, czym Duda ze swymi kompanami wypełnią czas, choć w dzień prezydent może poszusować na nartach wodnych. Mogę mu ponadto podpowiedzieć, by wybrał się na koncert Boba Dylana w Sydney, który jeszcze dziś i jutro koncertuje. Rozumiem, że Dylan to nie Doda i zadkiem nie zakręci.

Inny walor antypodów jest jeszcze taki, że na trasie kawalkady Dudy nie pojawią się protestujący z t-shirtami Konstytucja, ani nie będą w nie ubierać pomniki. Choć kto wie. Przy całej niezłomności Dudy można rzec, iż wybrał dobry kierunek rozwoju osobistego: coraz mniej w nim polityka, a więcej celebryty.

O Targowicę oskarża PiS i jego propagandziści tych co zwracają się ku Europie, w walce o utrzymanie Polski na Zachodzie. To pokaz fałszu typowego dla tej formacji, bo PiS i wszystko co się za nim wlecze mentalnie, narracyjnie i politycznie jest bardzo bliskie targowickiej głowy.

Earl drzewołaz

Wybitna pisarka Maria Nurowska o ostatnich wypowiedziach arcybiskupa krakowskiego Marka Jędraszewskiego.

Z należytą pompą i we właściwej oprawie, metropolita gdański arcybiskup Sławoj Leszek Głódź świętował 73. urodziny. Było sympatycznie i wesoło. Był grill. Była orkiestra i sporo gości, a wśród nich ojciec Tadeusz Rydzyk, dyrektor Radia Maryja oraz szef Solidarności Piotr Duda.

Urodzinowe przyjęcie arcybiskup zorganizował w swojej rezydencji przy Parafii św. Ignacego Loyoli w Gdańsku. Jak donosi „Fakt”, nie obyło się bez śpiewów i toastów, a impreza trwała do zmroku.

Arcybiskup słynie ze skłonności do dobrej zabawy i nie stroni od kieliszka. W 2013 roku tygodnik „Wprost” napisał, że duchowny potrafi w takich sytuacjach lekko przesadzać, a czasem wręcz nie kontroluje się.

Jeden z kapelanów opowiadał wtedy tygodnikowi, że arcybiskup budził go w nocy, pijany, i kazał grać na akordeonie do tańca. Podczas pijackich biesiad wysyłał go do miasta na poszukiwania odpowiedniego gatunku kiełbasy, kazał nalewać alkohol, krzycząc: „Co…

View original post 1 092 słowa więcej

Post Navigation