Hairwald

W ciętej ranie obecności

Archive for the tag “Zbigniew Mikołejko”

Gadzinówka w TVPropaganda

#TVpropaganda

Paski grozy dyktowane przez telefon, zamykanie korytarza na czas wizyty Jarosława Kaczyńskiego i wysyłanie dronów nad domy wrogów Jacka Kurskiego – to obraz telewizji publicznej za rządów PiS, który wyłania się z książki „TVPropaganda. Za kulisami TVP”, napisanej przez byłego pracownika Mariusza Kowalewskiego. Oto lista 10 cytatów, które pokazują absurdy rządowej stacji

1. JAK PIS DYKTUJE TVP LISTĘ GOŚCI

Dużo w tej sprawie miała do powiedzenia centrala PiS, która wybierała sobie, z kim ich przedstawiciel chce się spotkać w studiu, a z kim nie. Całkowity zakaz był na Michała Szczerbę, posła Platformy Obywatelskiej. Obawiano się, że parlamentarzysta może w telewizji zrobić jakiś happening. Podobnie było z Marcinem Kierwińskim. Na jego obecność nie godził się PiS, więc poseł PO nie był zapraszany.

2. JAK TVP POMPOWAŁA JAKIEGO I INNYCH KANDYDATÓW PIS

W 2018 roku najważniejsze dla PiS były wybory samorządowe. Jednym z głównych elementów wykorzystywanych przez partię rządzącą podczas kampanii miała być telewizja publiczna, w tym kanał informacyjny TVP Info. PiS miał wybory samorządowe wygrać i odbić opozycji ostatnie bastiony jej władzy. Najważniejsza była Warszawa, gdzie postawiono na Patryka Jakiego, wtedy wiceministra sprawiedliwości. Stacja TVP Info była do dyspozycji działaczy PiS 24 godziny na dobę. Wystarczyło, że organizowali jakąkolwiek konferencję, kamery telewizji już tam były. Koszty nie grały żadnej roli.

3. JAK TVP PRZYJMUJE JAROSŁAWA KACZYŃSKIEGO

Prawdziwy popłoch panował w TAI, kiedy się okazywało, że ma przyjechać Jarosław Kaczyński, prezes PiS. W dniu, kiedy zjawiał się na Placu, było jak w tej anegdocie, kiedy wojsko przed przyjazdem sekretarza malowało trawę na zielono.

(…) O to, by nikt prezesowi PiS nie zakłócał spokoju, dbała ochrona budynku, która na godzinę przed jego przyjazdem porządkowała teren. (…) Z taką pieczołowitością nie podejmowano nawet premiera Mateusza Morawieckiego.

Nie wiem, czy Kurski przyjeżdżał z Kaczyńskim, czy po prostu czekał na niego na dziedzińcu TAI, ale do budynku zawsze wchodzili razem. Przy obu szybko pojawiali się Olechowski i Gajewski. Skakali wokół prezesa PiS jak ratlerki wokół swojego pana, czekając, aż ten ich pogłaszcze, czy rzuci im kość. Jeszcze wcześniej sekretariat TAI zamawiał catering. Nic wymyślnego. Kanapki, jakieś przekąski i owoce. Po każdym wywiadzie w studiu Kaczyński zapraszany był do gabinetu Olechowskiego. Nie bawił w nim długo.

Sam wywiad zawsze był nagrywany. Kaczyński – właściwie jako jedyny z polityków – mógł liczyć na to, że TVP nie puści jego wywiadu na żywo. Nad wszystkim osobiście czuwał Jacek Kurski.

4. JAK TVP OCENZUROWAŁA ŚMIERĆ KORY

W TVP nawet śmierć mogła być uważana za zdarzenie polityczne. Tak było 28 lipca 2018 roku, kiedy zmarła Olga Jackowska. Popularna „Kora” chorowała na raka. Jej śmierć, mimo że spodziewana, przyszła nagle. Odeszła wielka artystka, na której twórczości wychowały się całe pokolenia. Bez wątpienia było to wydarzenie dnia. Nie sposób było o tym nie mówić.

(…) Nagle kazano wszystko odwołać. Zaproszeni wcześniej goście byli informowani, że nie wystąpią tego dnia w programach. Nie wiem, czym to tłumaczono, ale po godzinie 14 wszystkich artystów odwołano. Na TVP Info zostały tylko krótkie informacje o śmierci „Kory”. Nie rozumiałem tej decyzji. Zresztą tak samo jak zespół przygotowujący program. Dyrekcja nie tłumaczyła zmiany decyzji. Po prostu nagle dostałem telefon, że muszę zmienić gości w Minęła 20.

5. JAK TVP ZMIENIAŁA PROGRAM POD HARMONOGRAM PIS

W emisji przeszkadzały konferencje, a nawet msza, na której odczytywano list od Jarosława Kaczyńskiego. Nie żartuję! 17 czerwca 2018 roku w Suwałkach odbywały się uroczystości związane z obławą augustowską. Kulminacyjnym punktem uroczystości była msza święta, na której wiceminister Jarosław Zieliński miał odczytać list od Jarosława Kaczyńskiego. Start programu Z bliska został opóźniony. Weszliśmy na antenę, dopiero jak Zieliński skończył czytać list Kaczyńskiego.

6. JAK W TVP PRACUJĄ PEREIRA I RYBICKI

Samuel (Pereira) i Michał (Rybicki) mieli dość specyficzny tryb pracy. Przychodzili do redakcji na chwilę przed kolegium TAI o godzinie 11. Byli na Placu do 16.00, najwyżej do 17.00. Najczęściej siedzieli w gabinecie Pereiry. I stamtąd wydawali polecenia. W sumie to Samuel je wydawał.

Michał najczęściej zajmował się przeglądaniem YouTube’a albo słuchaniem muzyki. Owszem, na samym początku ich przygody z portalem zdarzało się, że Rybicki prowadził wydania, ale zawsze robił wszystko, by z nich jak najszybciej zejść. Nie był w stanie zlecić dziennikarzom tematów, nie umiał umieszczać materiałów na stronie. Wyglądało to dosyć zabawnie, kiedy patrzyło się z boku na nieporadność szefa wydawców.

(…) Później na Placu znaleźliśmy wypełnioną przez Rybickiego deklarację członkostwa w Stowarzyszeniu Dziennikarzy Polskich. Nieskończone studia teologiczne, wykształcenie średnie, doświadczenie pracy w mediach – żadne.

7. JAK TVP OCENZUROWAŁA MATERIAŁ O UCHODŹCACH

Podobnie zmanipulowano materiał obrazujący wielki marsz uchodźców z Ameryki Południowej do USA. Przekazy, które m.in. od Agencji Reutera otrzymywały wówczas stacje z całego świata, pokazywały masy ludzi wraz z dziećmi, które chcą się dostać do Stanów Zjednoczonych.

– Było tam mnóstwo dzieci. Dostaliśmy polecenie przygotowania materiału o tym, co się dzieje w Meksyku, gdzie ta fala uchodźców dotarła. Mieliśmy jednak zakaz pokazywania dzieci, bo one budzą empatię, a imigranci są według TVP źli – opowiadał autor materiału.

8. JAK TVP TWORZY „PASKI GROZY”

Kiedy Kuczkowski (zastępca dyrektora TAI do spraw kanału TVP Info – red.) nie radził sobie z wymyślaniem treści, prosił o pomoc Olechowskiego. Zdarzało się jednak, że ani jednego, ani drugiego nie było w pracy na Placu. Tak bywało najczęściej w soboty lub niedziele. Wtedy paskowi otrzymywali od nich dyspozycje przez telefon. Dzwonił Kuczkowski i kazał napisać jedną informację. Po czym dzwonił Olechowski i zmieniał to, co kazał szef newsroomu. Powstawał chaos, którego nikt nie był w stanie opanować.

9. JAK TVP PRÓBOWAŁA ZASTRASZYĆ DZIENNIKARZY

13 kwietnia 2018 roku Gajewski kazał mi znaleźć adresy Tomasza Lisa i Roberta Felusia, wtedy naczelnego „Faktu”. Początkowo myślałem, że biuro prawne TVP ma problem z ustaleniem tych danych do pozwu, tym bardziej że takie samo polecenie dostałem od asystenta jednego z dyrektorów z Woronicza. Szybko wyszło na to, że adresy potrzebne są telewizji zupełnie do czegoś innego.

– Musimy wysłać drona nad dom Tomasza Lisa – zakomunikował mi Gajewski.
– Po co?
– Musimy wysłać, tak by zobaczył, że się nim interesujemy.

10. JAK TVP CENZURUJE WOŚP

Jedna z matek, której maluch czekał na przeszczep, wskazała nam jako idealnego gościa prof. Piotra Burczyńskiego, kardiochirurga dziecięcego z Warszawy. Miał opowiadać o problemach z transplantacją wśród najmłodszych. Ale Burczyński miał jedną skazę – był wiceprezesem Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy, z którą telewizja kierowana przez Jacka Kurskiego była skonfliktowana.

Gajewski na informację o profesorze jako proponowanym gościu studia Z bliska odpisał krótko:
„Won”.

Kmicic z chesterfieldem

Jacek Sasin zaliczył właśnie trudne spotkanie z rzeczywistością. W listopadzie mówił: nie będzie żadnych podwyżek cen prądu. W połowie grudnia zmienił ton: ewentualne podwyżki wszystkim zrekompensujemy. Tuż przed nowym rokiem o rekompensatach zapomniał. Mamy nową opowieść: podwyżki są, ale niskie

Nietrudno więc się dziwić, że Sasin o rekompensatach przestaje opowiadać. Szczególnie że w Polsce ceny prądu należą do najniższych w Europie i podwyżki są nieuniknione – ceny uprawnień do emisji CO2 są w tej chwili pięciokrotnie wyższe niż jeszcze trzy lata temu, a polska energetyka jest oparta na węglu.

Polski rząd nie ma do dyspozycji tak dużego budżetu, aby w nieskończoność subsydiować rachunki za prąd.

Więcej o podwyżce prądu i Sasinie >>>

  • Ten uczciwy to oczywiście marszałek Senatu prof. Tomasz Grodzki. Tak szczuje gadzinówka TVP.

W Polsce mamy teraz bardzo bolesny, dojmujący, jaskrawy splot dobra i zła.

TO PRZESŁANIE ŚWIĄTECZNE JEDNAK TROCHĘ ŁAGODZI OBYCZAJE, CHOĆ NIE ZAWSZE, SKORO PIS-OWSKI TROLL, PANI KRYSTYNA PAWŁOWICZ, W OKRESIE ŚWIĄTECZNYM…

View original post 915 słów więcej

 

Zagłosowałem! A ty?

Miodzio >>>

Więcej >>>

Kmicic z chesterfieldem

– „Czy Jędraszewskiego interesuje coś poza LGBT? Ryby, szachy, znaczki, stare kalendarze? Cokolwiek?” – zapytał jeden z internautów w reakcji na najnowszy wywiad z metropolitą krakowskim. Abp Marek Jędraszewski udzielił go wydawanemu przez fundację Tadeusza Rydzyka „Naszemu Dziennikowi”.

– „LGBT to prawdziwie pogańska ideologia, która odrywa nas od prawdy o człowieku i wprowadza na tory, w których jako ludzie tracimy swoją tożsamość wyrastającą z samej naszej struktury biologicznej, określającej nas czy to jako kobiety, czy jako mężczyzn” – powiedział gazecie abp Jędraszewski. Jego zdaniem, LGBT „podważa wszystko, co na temat człowieka głosi chrześcijańska wiara”.

Osoba przeprowadzająca wywiad też nie przebierała w słowach, w pytaniach zawierając tezę, że LGBT „ukrywa się pod takimi hasłami jak tolerancja, mowa nienawiści, równość, takie same prawa dla wszystkich, stop przemocy, uznając za swego największego wroga moralne nauczanie Kościoła”. A oto odpowiedź metropolity krakowskiego na tę sugestię: – „Jak się patrzy na ideologię…

View original post 949 słów więcej

 

 

PiS demoluje dorobek Polaków po 1989 roku

Jedną  z kwestii, które najbardziej dzielą polską scenę polityczną, jest stosunek do transformacji ustrojowej i dziedzictwa ostatnich 30 lat III RP. Kiedy bowiem opozycja widzi w nas lidera regionu i wzór udanej drogi ku zamożności, to w tym samym czasie obóz rządzący widzi III RP jako okres korupcji elit i zmarnowania szans zamykający się w narracji „Polski w ruinie”. Symbolem całego zła, jakie reprezentuje III RP, jest na prawicy Leszek Balcerowicz i jego plan. PiS promuje bowiem narrację, że ten oddał za bezcen polskie firmy w ręce zagranicznych korporacji, a kraj wpędził w kryzys manifestujący się galopującym bezrobociem i inflacją. Linia ta, choć ideologicznie bardzo kusząca, to jednak nie wytrzymuje starcia z danymi gospodarczymi. Forum Obywatelskiego Rozwoju przygotowało cykl zestawień statystyk ekonomicznych, które obalają krążące mity dotyczące transformacji.

Okazuje się bowiem, że choć Polska także wpadła w kryzys po upadku PRL, to przyjęte w naszym kraju reformy pozwoliły wyjść z niego znacznie szybciej niż większości innych krajów postkomunistycznych. Polska była pierwszym z nich, który zanotował dodatni wzrost gospodarczy. Stało się to już w 1992 roku. Tymczasem Węgrzy i Czesi osiągnęli to w 1994 roku, Litwa 1995, a Rosja dopiero 1997. Najgorzej wypadła Ukraina, której udało się to dopiero w 1999 roku. Także pod kątem gwałtownie rosnących cen nad Wisłą zapanowano nad sytuacją wcześniej niż w reszcie regionu, czyli 1992 roku. Przed nami z tym zadaniem poradziły sobie tylko Węgry w 1990 roku, a część krajów Europy Wschodniej walczyła z inflacją aż do 1996 roku. Reformy ustawy Wilczka i planu Balcerowicza pozwoliły Polsce przejść przez wstrząsy lat 90tych szybciej, niż mogłoby to mieć miejsce bez nich.

Nie jest to jednak jedyny popularny mit dotyczący transformacji. Jednym z zarzutów wobec planu Balcerowicza było bowiem poddanie się dyktatowi kapitału zagranicznego, który zmienił Polskę w półkolonię. Rzeczywistość była o wiele bardziej skomplikowana, ponieważ inwestorzy często wykupowali tanio państwowe przedsiębiorstwa, ale mimo to główna ich aktywność skupiała się na własnych inwestycjach nad Wisłą, które napędzały gospodarkę. W latach 1990-2001 dochody z prywatyzacji wyniosły 74 mld zł (równoważnych sile nabywczej PLN z 2016 roku), podczas gdy bezpośrednie inwestycje zagraniczne w tym samym czasie były warte prawie cztery razy więcej – 286,9 mld zł.

Wbrew narracji PiS prywatyzacja lat 90-tych nie doprowadziła do oddania całego przemysłu kraju w obce ręce, ani nie doprowadziła do jego załamania. Choć popełniano błędy, a wiele zakładów upadło, to jednak cały sektor przemysłu i przetwórstwa zaczął dzięki reformom i transferowi technologii oraz know how z zachodu dynamicznie się rozwijać. Tylko w latach 1990-2000 produkcja przemysłowa wzrosła bowiem o aż 200%. Do dziś jest to przeszło 900%.

Nie jest równocześnie tak, że sektor się rozwija, ale nie jest w polskich rękach. W Polsce udział kapitału zagranicznego w przetwórstwie przemysłowym wynosi 43,6%, podczas gdy średnia unijna jest niewiele mniejsza, na poziomie 36,6%. Wypadamy w tym zakresie także lepiej na tle regionu, gdzie kapitał zagraniczny ma średnio udziały na poziomie 53,1%.

Widać zatem wyraźnie, że narracja PiS w sprawie skutków transformacji jest oparta na fałszywych założeniach. Polskie reformy okazały się bowiem nie powodem do wstydu, ale drogą, która umożliwiła gospodarczy sukces ostatnich 30 lat.

“Polski los” staje się w Europie synonimem upadku standardów państwa, które popada w rosnący populizm i finansową nieodpowiedzialność. Nasz kraj jako przestroga stał się bohaterem numeru niemieckiego dziennika “Die Welt”, który, powołując się na ekspertyzy ekonomistów ostrzega rządy krajów Europy przed podzieleniem losu Warszawy. Dziennikarze przytoczyli tutaj raport “European Progress Monitor” autorstwa Holgera Schmieding i Floriana Hense z hamburskiego banku prywatnego Berenberg.

Wnioski ekspertów są dla naszego kraju niepomyślne. Kontynent jest lepiej przygotowany do poradzenia sobie z kolejnym kryzysem finansowym niż w 2007 roku czy 2013, ale kolejne rządy przysłowiowo “spoczywają na laurach”. Dziennik przytacza gotowość poszczególnych krajów do reform, w czego kontekście synonimem nieodpowiedzialności staje się tzw. “polski los”. To ostatnie pojęcie jest rozumiane jako sytuacje, kiedy: Rozsądny rząd nie wydaje nadwyżek, ale zostaje zastąpiony przez rząd populistyczny, który roztrwania pieniądze.

“Die Welt” nie zostawia na Polsce suchej nitki: “Tak było w Polsce, gdzie w latach 2007 – 2014 rząd Donalda Tuska, obecnego przewodniczącego Rady Europejskiej, nie pozwalał sobie na trwonienie pieniędzy. Jego następcy z populistycznej partii PiS, która od 2015 roku ma większość parlamentarną, poluzowały cugle, przede wszystkim poprzez kosztowne nowe projekty emerytur”. Autorzy wyjaśniają także czytelnikom, że mimo obecnie wydawałoby się dobrej sytuacji finansowej Warszawa jeszcze poniesie konsekwencje nieodpowiedzialnych praw ustanowionych w ostatnich latach, szczególnie obniżki wieku emerytalnego: “Rachunek jeszcze nadejdzie, gdyż obietnice emerytalne mają długofalowe skutki”.

W tym kontekście niemiecki dziennik ostrzega, że podobna sytuacja jak w Polsce grozi Irlandii, Holandii, w pewnym stopniu Danii i także Niemcom. Naszym, zachodnim sąsiadom zarzuca się zbyt duży nacisk na rozbudowę systemu świadczeń socjalnych.  Zdaniem autorów państwo niemieckie już teraz wydaje w porównaniu z innymi krajami zbyt dużo na ten cel. Tutaj warto przywołać efekty 500+ i innych programów rządowych w Polsce, w wyniku których wydatki państwa na wsparcie rodzin skoczyły do 55 mld zł, czyli 2,8% PKB Polski, w tym wręczanie pieniędzy “do ręki” pochłania już ponad 1,8% PKB, ustępując w tym zakresie tylko 6 krajom wspólnoty.

Widać zatem wyraźnie, że z prymusa europejskiej transformacji gospodarczej Polska zaczyna zmieniać swój wizerunek na kraj nieodpowiedzialnych populistów. W świetle latami rosnącej pozycji i reputacji naszego kraju w Europie taki obrót spraw w ostatnich latach jest szczególnie smutny. Biorąc to pod uwagę, wybory europejskie są jednym z ostatnich momentów, aby wizerunkowe pogrążanie naszej ojczyzny w Europie  można jeszcze powstrzymać.

„Solidarność” robiła coś odwrotnego, niż dziś PiS. Budowała wiarę w ekspertów, w ludzi wykształconych, prowadziła wszechstronne akcje oświatowe, była otoczona kręgami ekspertów i dzięki temu zgłaszała odpowiednie postulaty i decyzje, które miały służyć większej racjonalności. Dziś nienawidzi się ekspertów, wiedzy, buduje się społeczeństwo antyintelektualne, antyinteligenckie, antyoświatowe, buduje się nienawiść i niechęć do ludzi chcących modernizacji – mówi o wyborach 4 czerwca prof. Andrzej Friszke, historyk, członek pierwszego Kolegium IPN (1999-2006) oraz członek Rady IPN (2011-2016). O genezie wyborów 4 czerwca, ale i o konsekwencjach. – Przełom 1989 roku to była delikatna, skomplikowana polityka w skomplikowanej relacji międzynarodowej i trzeba mieć wiedzę, aby to zrozumieć. Poruszanie się w schematach zerojedynkowych, podbudowanych moralną wyższością, nie pomaga w zrozumieniu sprawy – mówi.

JUSTYNA KOĆ: Wybory 4 czerwca 1989 roku to początek wolnej Polski czy spisek polityków z SB? Odpowiedź na to pytanie determinuje także dzisiejszą politykę…

PROF. ANDRZEJ FRISZKE: Prawdę mówiąc, wstyd odpowiadać na takie pytanie. Pewni ludzie nieczytający nic wartościowego i niemający zielonego pojęcia o tamtej epoce głoszą tezy mające zdelegitymizować ludzi i formacje tworzące III RP. Nie ma najmniejszych podstaw do zadawania takiego pytania. Od 2002 roku mamy otwarte akta IPN, które są analizowane. Wszystkie istotne już właściwie zostały przejrzane, podobnie teczki personalne, nie ma najmniejszych powodów, żeby takie głupstwa powtarzać.

Jednak wiele osób, także obecnie na najwyższych stanowiskach, tak twierdzi. Tak sugerował np. Andrzej Zybertowicz, powołując się na wypowiedź Andrzeja Gwiazdy. Brakuje elementarnej wiedzy na ten temat. Może powinniśmy bardziej celebrować te wydarzenia, aby zwiększyć świadomość? To powinno być święto narodowe?
Być może tak, tylko żeby opowiedzieć dobrze tę historię, to trzeba coś rozumieć z ówczesnego życia politycznego i mieć świadomość, jak wyglądała sytuacja międzynarodowa oraz na czym polegał kryzys gospodarczy lat 80.

Trzeba też myśleć o rządzących wtedy Polską inaczej, niż poprzez schemat budowany na stereotypie stalinizmu. Mam na myśli postrzeganie tamtego okresu przez same morderstwa, zbrodnie itd. Jeżeli nosi się w głowie taki absurdalny obraz  rzeczywistości PRL, jaki jest upowszechniany od wielu lat przez polską prawicę, to nigdy się tego nie zrozumie.

Przełom 1989 roku to była delikatna, skomplikowana polityka w skomplikowanej relacji międzynarodowej i trzeba mieć wiedzę, aby to zrozumieć. Poruszanie się w schematach zerojedynkowych, podbudowanych moralną wyższością, nie pomaga w zrozumieniu sprawy.

To zacznijmy od początku. Geneza wyborów 4 czerwca to 1985 rok i dojście Gorbaczowa do władzy, a może wcześniejsze Porozumienia Sierpniowe?
Moim zdaniem musimy się cofnąć do epoki przedsolidarnościowej, czyli do 1978 roku, kiedy nastąpił spadek dochodu narodowego o 2 proc. i w zasadzie nigdy to już nie zostało odrobione, mimo różnych podejmowanych przez władze prób. To pokazywało, że system ekonomiczny PRL jest niewydolny i wymaga bardzo poważnych reform. Nie można ich było przeprowadzić z przyczyn politycznych i ideologicznych. Z czasem kryzys stawał się coraz bardziej odczuwany, groził katastrofą. Potrzeba podjęcia bardzo poważnych reform to był główny motyw tego, co się wydarzyło.

To widać w postulatach sierpniowych, gdzie oprócz postulatu wolnych związków zawodowych było sporo postulatów odnośnie do „chleba”.
Porozumienia Sierpniowe podpisano w drugim roku trwania kryzysu, więc ludzie dopiero zaczynali mieć świadomość, że źle się dzieje. Do konkluzji, że to jest kryzys strukturalny, było jeszcze daleko. Przypominam, że zaraz po Sierpniu zostaje powołana sejmowa komisja do spraw reformy gospodarczej, zatem władza wie już o problemie. Okaże się potem, że nie ma warunków politycznych do zmian, zatem mało co się zmieni.

Co do zapisów Porozumień, to oczywiście zawsze tak będzie, że strajk, bunt społeczny ma dwa rodzaje żądań: politycznych, ale i ekonomicznych, bo te ostatnie bardziej mobilizują ludzi i zwiększają siłę ruchu. Trzeba też powiedzieć, że

propaganda systemu komunistycznego w latach gierkowskich zapewniała, że ludziom się należy pewien poziom życia i dostatku, dostępności do społecznych dóbr, także prawo do mieszkania, i to dawało później świadomość, że system jest niewydolny, bo nie spełnia tych oczekiwań.

Czyli władza sama sobie wyhodowała ten problem?
W perspektywie generalnej tak. Na tym polegał właśnie komunizm, ale tu musimy cofnąć się jeszcze dalej. Do początku komunizmu i tego, co ten system obiecywał: wzrost poziomu życia, zamożności, i do dla ludzi z warstw ludowych, mieszkanie dla każdego, opieka społeczna dla każdego, służba zdrowia… Obiecywał pewną równość. Oczywiście władza miała specjalne przywileje, o czym się nie mówiło, ale każdy wiedział. Ta irytacja na przywileje władzy także ma wyraz w Porozumieniach Sierpniowych.

Wróćmy do lat 80., które przynoszą zaostrzenie sporu rządu z „Solidarnością” i polaryzację, w połowie dekady pojawia się Gorbaczow i w ZSRR kończy się czas „rządów betonu”. Na ile to było ważne dla polskich przemian? Gdyby nie Gorbaczow, nie byłoby 4 czerwca?
Oczywiście. Tu trzeba powiedzieć, jaka była rola ZSRR w całym systemie. Przede wszystkim Moskwa zainstalowała system w Polsce, a następnie dbała o jego niezmienność; żeby kierownictwo partii sprawowało pełną kontrolę nad społeczeństwem, aparatem władzy, gospodarką. I żeby się nic nie zmieniało. Same hasła reform gospodarczych czy próby poluzowania kontroli aparatu władzy nad gospodarką wywoływały skrajnie negatywne reakcje w Moskwie. To jest jedna z głównych przyczyn tego, że nie udało się wprowadzić reform w Polsce. Nagle pojawił się Gorbaczow ze świadomością ich potrzeb, chociaż dodam, że kluczowa była tu też katastrofa w Czarnobylu, która ukazała w pełni niewydolność tego systemu; że grozi realną katastrofą. W ZSRR to obnażyło anachroniczność i niemożność kontynuowania systemu zarządzania i braku kontroli. Pogłębiał się też dystans technologiczny między ZSRR a światem Zachodu. W konsekwencji

nagle okazało się, że to ZSRR do reform zachęca. To tworzyło warunki do poszukiwania rozwiązań politycznych. W samym ZSRR oprócz przemian gospodarczych pojawiła się głasnost, czyli jawność, wolność krytyki, potem pomysły na zmiany zasad wyborczych. Krótko mówiąc, ta fala otwierała możliwości liberalizacyjne.

Oczywiście to nie było takie proste, bo reżim w PRL miał swoje pokłady konserwatyzmu i bał się rozmowy z tymi, których wsadzał do więzień, oraz powrotu wielkiej fali „Solidarności”, która mogła by ich zmieść. Dlatego to wszystko trwało, Kościół angażował się w mediacje. W końcu nastąpił ruch strajkowy w roku 1988, władza się przestraszyła, że to już ta fala i dopiero wtedy powstały warunki do podjęcia negocjacji.

I tu mamy rozmowy w Magdalence, które doprowadzają do Okrągłego Stołu i w konsekwencji do wyborów 4 czerwca 89, do których, podobno, bardziej parła władza, niż „Solidarność”, która obawiała się, że po wyborach stanie się „kwiatkiem do kożucha”. To prawda?
Tak, ponieważ „Solidarność” przede wszystkim chciała odbudowy związku, bo przecież była zdelegalizowana. Za działanie w „Solidarności”, próby odbudowywania związku groziły represje, bo były to działania nielegalne. Dlatego nadrzędnym postulatem i warunkiem koniecznym było przywrócenie legalności „Solidarności”. Władza natomiast broniła się przed tym, a zależało jej na wciągnięciu ludzi „Solidarności” do legitymizowania systemu i udziału w strukturach parlamentu, żeby zapewnić osłonę dla koniecznych ciężkich reform gospodarczych.

Drastyczne reformy były konieczne, bo stan gospodarki był tragiczny. Bez bolesnych refom połączonych z wyraźnym obniżeniem płac i poziomu życia nie było mowy o tym, żeby nawet ruszyć z miejsca. Wiadomo było, że należy podnieść ceny, ale nie płace, zamknąć najbardziej deficytowe zakłady. To zaczął już robić rząd Rakowskiego.

Władza potrzebowała też ludzi „Solidarności”, aby pokazać otwartość, wejście na drogę demokratycznych i rynkowych reform, co umożliwi rozmowy z Zachodem o zmniejszeniu obciążeń czy redukcji gigantycznego długu. W zamian chciała dopuścić ich do Sejmu, ale nie do rządu.

Kiedy władze komunistyczne przekonały się, że to się nie uda? Czy to mogła być klęska listy krajowej z największymi dygnitarzami – Rakowskim, Kiszczakiem, Sawickim?
To był akt zamykający, klęska partii, ale już przy Okrągłym Stole „Solidarność” wynegocjowała bardzo duże zmiany ustrojowe, które wcześniej nie były przewidywane, a zmieniły radykalnie sytuację, wspomnę tu chociażby wolne wybory do Senatu. W konsekwencji Senat stał się właściwie całkowicie solidarnościowy: 99 mandatów na 100.

Frekwencja wyborów 4 czerwca to 62 proc. To porażka?
To ważne pytanie, które powinno powrócić w kontekście tego, co mamy obecnie. Na ile społeczeństwo interesowało się strefą publiczną, na ile miało myślenie państwowe? Jednak częściowo przyczyn niskiej frekwencji można szukać w tym, że p

rzez cały PRL udział w wyborach był uważany za obowiązkowy. Po raz pierwszy obywatele dostali wolność, aby nie iść. To niestety bardzo niedobra manifestacja wolności.

Niska frekwencja pozostała. Czy możemy przyczyn upatrywać w tamtych wydarzeniach?
Częściowo może tak, bo wielu ludzi w PRL uważało, że gdy nie pójdą do wyborów, mogą się liczyć z represjami, że dzieci nie przyjmą na studia albo mieszkania się nie dostanie. Zatem lud maszerował i głosował na PZPR jak trzeba. Ciekawe, że w tych rejonach, które są dziś bastionem PiS, „Solidarność” miała najtrudniej, choć to nie znaczy, że tam poparcie miała partia. To były raczej sklerykalizowane regiony, gdzie nie istniała żadna działalność społeczna, mówię o Podkarpaciu, ścianie wschodniej, małych miastach czy wsiach, gdzie w ogóle nie było „Solidarności”. Ludzie szli za księdzem plebanem, co dało w 89 sukces, bo wtedy księża namawiali do głosowania na „Solidarność”.

Dziś mamy elity, które są świadome zagrożenia demokracji, praworządności, zdają sobie sprawę, czym jest trójpodział władzy, protestują w obronie konstytucji, i tych, którzy głosują na PiS. Szukając analogii z PRL, musi dojść do załamania gospodarki, aby przestali popierać władzę?
Mam podobne obawy i sam się zastanawiam, czy społeczeństwu w 89 roku zależało na wolności i demokracji, czy po prostu była to reakcja na kryzys, braki towarów, obniżenie poziomu życia. Pewnie jedno i drugie, bez jednego nie byłoby drugiego. Natomiast rzeczywiście wnioski, jakie się nasuwają, są smutne.

Przez 30 lat nie zbudowano przywiązania do wolności, praworządności, odpowiedzialności za siebie, za stan gospodarki.

„Solidarność” robiła coś odwrotnego, niż dziś PiS. Budowała wiarę w ekspertów, w ludzi wykształconych, prowadziła wszechstronne akcje oświatowe, była otoczona kręgami ekspertów i dzięki temu zgłaszała odpowiednie postulaty i decyzje, które miały służyć większej racjonalności. Dziś nienawidzi się ekspertów, wiedzy, buduje się społeczeństwo antyintelektualne, antyinteligenckie, antyoświatowe, buduje się nienawiść i niechęć do ludzi chcących modernizacji. Trudno powiedzieć, jak lud zareaguje na tak destrukcyjną propagandę, jaką obserwowaliśmy przy okazji strajku nauczycieli czy kampanii wrogości do sędziów. To kult niekompetencji, braku wykształcenia, kult braku solidnej pracy. Wszystkie te cechy, które są rozwojowe, są dziś opluwane.

Może to jest wina elit III RP, że nie zbudowały społeczeństwa obywatelskiego? Uwierzyły, że demokracja sama się obroni, a wszystko załatwi niewidzialna ręka rynku?
Ostrożnie z takimi tezami. Gdyby większość tak uważała, nie dopuszczano by do głosu ludzi o innych poglądach w publicznych mediach, tak jak robi się to obecnie. Wolność polega też na możliwości krytykowania, nieuczestniczenia w życiu publicznym, zgłaszania alternatyw, a słuchacze i czytelnicy oceniają i decydują w wyborach. Natomiast parę rzeczy zostało odpuszczonych. Po pierwsze,

należało wspierać mocno lokalne elity: nauczycieli, bibliotekarzy, animatorów życia kulturalnego na prowincji. Ta grupa powinna być mocno wspierana przez państwo, bo ona mogła podnosić poziom kultury i budować zalążki społeczeństwa obywatelskiego „od dołu”, a niestety tak się nie stało.

Po drugie, łatwo odpuszczono wsparcie organizacji społeczno-wychowawczych, takich jak harcerstwo. To wszystko zawaliło się w Polsce prowincjonalnej i dało miejsce tak destrukcyjnym ruchom, jak „kibolskie” czy nacjonalistyczne.

U nas nigdy nie utrwalił się duch Oświecenia. Najważniejsze było odzyskanie niepodległości, a nie przeobrażenie świadomości zbiorowej w racjonalnym, sceptycznym i liberalnym duchu. Cały czas znać o sobie daje fundamentalne rozdarcie i radykalnie spolaryzowana batalia o przyszłość Polski – o to, po której stronie europejskiej tradycji będziemy, po zachodniej czy po wschodniej. To bierze się też po części i z tego, że przez wieleset lat stanowiliśmy część rosyjskiego Wschodu – w istocie aż do 1989 roku. Tego nie da się wytrzebić w ciągu trzydziestu lat wolności – mówi prof. Zbigniew Mikołejko, filozof i historyk religii, eseista, kierownik Zakładu Badań nad Religią w Instytucie Filozofii i Socjologii PAN

KAMILA TERPIAŁ: „Tylko nie mów nikomu” braci Sekielskich nie jest filmem o pedofilii. To jest film o tym, że gdy członkowie jakiejś instytucji mają za dużo władzy i poczucie bezkarności, mogą pozwalać sobie na wykorzystywanie najsłabszych. Podpisałby się pan pod takim stwierdzeniem?

ZBIGNIEW MIKOŁEJKO: Tak, to jest przede wszystkim film o władzy. Tam, gdzie w grę wchodzi cielesność i seksualność, zawsze o to chodzi. Ujmując rzecz w dużym skrócie – stosunek do ciała dotyka tego, co najgłębsze, najbardziej intymne w człowieku i jest modelem wszystkich innych stosunków: politycznych, kulturowych, moralnych czy mentalnych. Władza absolutna stwarza możliwość absolutnego zawładnięcia ciałem. Objawia się tu myślenie, że skoro mam pełnię władzy, to wszystko jest dozwolone. Można powiedzieć metaforycznie, że zniewolenie cielesne, które się bezkarnie dokonywało, jest wyrazem zniewolenia mentalnego i moralnego. Społeczeństwo polskie dało się zniewolić. Lecz

to nie jest tak, że za to wszystko odpowiada sam tylko Kościół – odpowiadają za to także różne grupy społeczne i polityczni działacze, którzy pozwolili na taką władzę Kościoła nad duszami i ciałami.

Widzimy przejaw władzy absolutnej?
Ta przestępczość ma wymiar moralny, ale przede wszystkim jest to – jak mówił Jan Paweł II – „grzech strukturalny”. Ogromne znaczenie ma tu zarazem zadzierzgnięcie tak silnego mariażu ołtarza z tronem, i to z każdym tronem. Ale w ostatnich prawie czterech latach jest to widoczne wręcz drastycznie…

Kościołowi zaszkodzi taki mariaż?
Na krótką metę już szkodzi, ale bardziej jeszcze zaszkodzi także na dłuższą. Zwłaszcza że jest sojusz taki jest zawarty wbrew nauczaniu Kościoła powszechnego i Soboru Watykańskiemu II, który orzekł, że duchowni nie mogą wchodzić w „polityczne buty” i wspierać żadnych partii politycznych. Tymczasem kiedy przemawia abp Sławoj Leszek Głódź, bp Wiesław Mehring czy abp Józef Michalik, w gruncie rzeczy słyszymy aparatczyków partii rządzącej.

Ale na krótką metę obu stronom jest to na rękę.
Tak, oczywiście. Duchowni otrzymują bowiem za to apanaże, a partia wsparcie tak istotnej i ogromnej instytucji. Mamy przy tym do czynienia z błędnym kołem. Obie strony tego układu wzajemnie potęgują swoją moc, pazerność i dobrostan. I tak to trwa. Nie dotyczy to naturalnie wszystkich księży, ale niestety dominującej grupy w polskim Kościele. Jedyną szansą na zmianę jest twarde, ostre rozdzielenie państwa i Kościoła. I nie mówię o walce z Kościołem. Ale bez sensu jest też mówienie o przyjaznej separacji, tym bardziej że została ona przez rozmaitych polityków i duchownych naruszona, może nawet zdruzgotana – na rzecz właśnie wspomnianego mariażu.

Wpływ na te relacje może mieć sprawa pedofilii w Kościele?
Oczywiście. Nie znamy skali tego zjawiska, bo jak zwykle w przestępstwach seksualnych tzw. ciemna liczba jest większa.

Wiele ofiar i środowisk cały czas milczy, bo mówienie prawdy jednak skazuje na stygmatyzację. Ważne jest to, że stworzony został pewien system, który ma właściwości systemu mafijnego – „swój człowiek” może zrobić wszystko, a my go ochronimy.

To też pokazuje słabość państwa i prawa. W filmie braci Sekielskich pokazany jest między innymi przypadek kapelana więziennictwa, który udziela schronienia i pozwala na odprawianie mszy z dziećmi skazanemu już duchownemu. Buzuje w nim bezczelność, pycha i cynizm, bo wie, że włos mu z głowy nie spadnie. Nic w tej sprawie nie zrobili ani minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro, ani wiceminister odpowiedzialny za więziennictwo. Dla wielu ludzi Kościoła nic zatem nie znaczy polskie prawo i tym samym tworzy się rodzaj państwa w państwie.

Kościół jeszcze długo nie będzie gotowy na poważne potraktowanie tej sprawy i wewnętrzne rozliczenie?
Gdyby był, to już działoby się coś ważnego… Na razie słyszymy tylko głosy i to często sprzeczne. Najbardziej krytyczni i niezależni w sądach są najczęściej jezuici i dominikanie, czyli członkowie zakonów, których zwierzchność jest w Rzymie.

Co zatem powinno się wydarzyć?
Powinno wkroczyć państwo. Prawo, prawo i jeszcze raz prawo. Niemożliwe są bowiem sytuacje, w których prawo nie będzie działać – na przykład wobec kogoś udzielającego świadomie schronienia przestępcy w sutannie. Nie może być po prostu tak, że oni czują się bezkarni! Nie może być też tak, że w szeregach partii rządzącej jest osoba (i to na czele sejmowej komisji sprawiedliwości), która chroniła – skazanego przecież za pedofilię – słynnego proboszcza z Tylawy, zresztą nadal aktywnego duchownego, także w Radiu Maryja. Nie rozumiem przy tym głosów nawołujących do tego, abyśmy nie byli antyklerykalni. Antyklerykalizm nie jest złem.

Antyklerykalizm to nie antyreligijność. W Polsce dokonano natomiast bardzo złowieszczego podstawienia – zrównano antyklerykalizm z antyreligijnością. Tymczasem można być człowiekiem głęboko religijnym i antyklerykałem.

Czym jest antyklerykalizm?
Jest postawą dotyczącą zwalczania nadmiernej pozycji kleru.

Może przyczynić się do uzdrowienia Kościoła?
Tak, antyklerykalizm jest uzdrawiający. Ale trzeba głośno mówić o tym, że nie ma równości między antyklerykalizmem i antyreligijnością. Polska religijność miesza przy tym porządku i utożsamia się z klerykalizmem. Nic dziwnego, skoro bierze się z tradycyjnego lenistwa umysłowego, także w sprawach wiary. Nawet ludzie wykształceni oddają więc wszystkie kwestie religijne w ręce „funkcjonariuszy kultu”, jak ich zwał Lejzorek Rojsztwaniec, i poprzestają na szczątkowej świadomości religijnej z epoki pierwszej komunii. Często przy tym w grę wchodzą tylko emocje. A tak się nie da. Jak mawiał święty Tomasz z Akwinu, jeśli się nie używa rozumu w sprawach wiary, to popada się w grzech.

Dlatego tak grzeszymy?
Polacy są tak naprawdę od całych pokoleń obojętni w sprawach wiary (choć nie w sprawach Kościoła).

Nie toczyły się u nas na przykład krwawe wojny o pojmowanie łaski, które prowadziły do wzajemnego wyrzynania się stron, jak we Francji czy Niemczech. Były, owszem, jakieś napięcia, ale nigdy nie ostateczne, bo mało kogo to obchodziło.

Sprawa pedofilii w Kościele coraz więcej osób zaczęła jednak obchodzić.
I zaczyna to przypominać spóźnioną wojenkę religijną, którą wiele państw ma już dawno za sobą. To ma związek również z tym, że u nas nigdy nie utrwalił się duch Oświecenia. Najważniejsze było odzyskanie niepodległości, a nie przeobrażenie świadomości zbiorowej w racjonalnym, sceptycznym i liberalnym duchu. Cały czas znać o sobie daje fundamentalne rozdarcie i radykalnie spolaryzowana batalia o przyszłość Polski – o to, po której stronie europejskiej tradycji będziemy, po zachodniej czy po wschodniej. To bierze się też po części i z tego, że przez wieleset lat stanowiliśmy część rosyjskiego Wschodu – w istocie aż do 1989 roku. Tego nie da się wytrzebić w ciągu trzydziestu lat wolności.

Jaki wpływ ma na takie postawy katolicyzm?
Katolicyzm w Polsce nie jest tylko kwestią wiary, ale także tożsamości kulturowej i narodowej. W religijnym wymiarze katolicyzm w Polsce jest bowiem religią mniejszościową. Ot, około 37 proc. wiernych chodzi w niedzielę do Kościoła; ogromna liczba dzieci rodzi się w tzw. związkach niesakramentalnych; nikt nie przejmuje się naukami Kościoła w sprawach seksu przedmałżeńskiego, aborcji czy in vitro. Najłatwiej więc postawić sobie na czole stempelek „Polak-katolik” – i ma się sprawę „z głowy”.

Co mamy „z głowy”?
Naród jest wspólnotą wyobrażoną, zespołem wyobrażeń, które tworzymy i podzielamy. Mamy więc i takie wyobrażenie, że katolicyzm jest koniecznym składnikiem polskiej wspólnoty narodowej. To też wpływa na moją przynależność do szerszego porządku.

A gdzieś jest jeszcze słynna teza prof. Stefana Nowaka, że w Polsce za sprawą historii wspólnotowość spełnia się na dwóch poziomach – najwyższym, czyli narodowo-wspólnotowym, i najniższym, czyli bliskości rodziny, bliskich albo, co najwyżej, bardzo lokalnego układu. Środek jest więc pustawy, chociaż właśnie w nim spełnia się społeczeństwo obywatelskie.

Jaki ten podział ma wpływ na wybory?
Prawo i Sprawiedliwość apeluje umiejętnie i przebiegle do dwóch wspomnianych poziomów rozumienia wspólnoty, a to pozwala im łatwiej zawładnąć wyborcami. Opozycja mówi o środku, a on jest – niestety – kruchy, słaby i nie można na tym gruncie zbudować siły, która by zdołała mocno i brutalnie przeciwstawić się obecnej władzy. Trzeba byłoby zatem wejść w „grę” na najniższym i najwyższym poziomie. Ale opozycji liberalno-demokratycznej, z pewną nutą przy tym konserwatywną, słabo to wychodzi.

Ponad połowa Polaków uważa, że episkopat powinien się podać do dymisji. Pan zalicza się do tej grupy?
To nie rozwiązuje problemu. Nie powinno być odpowiedzialności zbiorowej, bo to jest tylko rozwiązanie zastępcze… Trzeba więc wskazywać na konkretne osoby, które z racji chronienia zła powinny odejść. Dlaczego mają odchodzić biskupi przyzwoici, chociaż może milczący albo bezsilni? Takie działanie byłoby wyszukaniem kozła ofiarnego. To jest klasyczna metoda, stosowana zresztą na przykład w komunizmie, kiedy w okresach kryzysu obwiniano o zło systemu tylko jego elity przywódcze. I rozprawiano się z nimi – jako właśnie kozłami ofiarnymi – po to, aby system mógł trwać nadal. Warto znowu wrócić tutaj do pojęcia „grzechu strukturalnego”, czyli współuczestnictwa i wspólnictwa państwa oraz szerokich grup obywateli.

Proboszcza z Tylawy bronili przecież nie tylko prokurator Stanisław Piotrowicz i abp Józef Michalik, ale także zwykli mieszkańcy wioski, którzy oskarżali ofiary.

To może konieczne są zmiany w prawie, zaostrzenie kar?
To są wszystko „kwiatki do kożucha”, rozwiązania pozorne. Prawdziwym rozwiązaniem będzie wyraziste oddzielenie państwa od Kościoła, przejrzenie wszystkich spraw związanych z wykorzystywaniem dzieci, ale także dotyczących choćby Komisji Majątkowej. To była przecież jedyna instytucja w państwie, od której decyzji nie można było się odwołać do sądu. A oznaczały one niebywałe wprost szafowanie dobrami – na rzecz Kościoła i jego ludzi. Władza łączy się przecież z władzą pieniądza, z posiadaniem rozlicznych dóbr. Kiedy zaś rozdawnictwo tych dóbr nie podlega kontroli publicznej, obywatelskiej, mamy w oczywisty sposób do czynienia i z niekontrolowaną władzą. Poprzez decyzje Komisji Majątkowej i arbitralnie serwowane dary polityków dokonało się więc na rzecz Kościoła zagęszczenie pewnych bogactw i pewnych nadmiernych prerogatyw.

Stan ten zawęźlił się w swoisty węzeł gordyjski, który trzeba rozciąć. Jak? Byłem przeciwnikiem konkordatu, ale jeżeli już on jest, to przede wszystkim trzeba powrócić do konkordatowej rzeczywistości – została ona bowiem w znacznej mierze poszerzona, przekraczając granice, które są bezpieczne dla demokratycznego państwa prawnego. Należałoby zatem dokonać rewizji owych nadmiernych działań i wyznaczyć na nowo granicę obecności Kościoła w państwie, odpowiadając chociażby na pytanie, czy symbole religijne mogą sobie wisieć ot tak w instytucjach świeckiego państwa, albo na pytanie, w jakiej mierze i czy w ogóle dygnitarze kościelni mogą brać udział w życiu instytucji państwowych, zwłaszcza szkoły, armii czy szpitalnictwa. To jest ogromna szara strefa, która powinna przestać być szara. Owszem,

człowiek ma prawo manifestować swoją wiarę, ale w przestrzeni religijnej, nie każdej innej, wedle własnego upodobania i zachcenia. Dotyczy to szczególnie funkcjonariuszy publicznych, którzy powinni postępować wyłącznie według norm prawnych, nie religijnych. A jeśli im to nie odpowiada, nie muszą być funkcjonariuszami publicznymi.

Co mogłoby być punktem zwrotnym?
Nie wiem, co musiałoby się stać – pewnie jakiś rodzaj kulturowej apokalipsy? Mamy bowiem tu do czynienia z rozłożonym na lata procesem. Są w nim oczywiście i momenty przyspieszenia, drastycznego ujawnienia się zła, które wynika z zespolenia państwa i Kościoła. Sprawa pedofilii wśród duchownych i jej ukrywanie jest takim momentem przyspieszenia. Ale to cały czas jest proces, rozgrywający się w „długim trwaniu”. Tymczasem działania państw Zachodu w tej materii dokonywały się i w aktach swoistej rewolucji, i właśnie w „długim trwaniu”, powolnym dojrzewaniu do zmian, często niedostrzegalnym. Najważniejsze przy tym, aby rozpoczęła się debata na temat rzeczywistej historii Kościoła i religii w Polsce. Nie jest bowiem prawdą, że hierarchowie zawsze byli z narodem. A w tym zakresie karmieni jesteśmy często fałszywą opowieścią. Byli – to prawda – w Kościele ludzie, którzy heroicznie walczyli za kraj, jak ks. Stanisław Brzóska czy ks. Piotr Ściegienny. Ale byli też nędzni kolaboranci, lojaliści, agenci obcych mocarstw. Byli urągający wierze, moralności i Polsce szubrawcy, jak prymas Gabriel Podoski. I zdrajcy Rzeczpospolitej, którzy – jak biskup inflancki Józef Kazimierz Kossakowski – zawiśli na szubienicy z wyroku narodowego trybunału. No i tacy rzecznicy Rzymu, którzy w imię jego interesów działali wbrew interesom polskim. Pamiętajmy też, że

w Kościele katolickim nie przeprowadzono lustracji. Bardzo znamienne jest więc to, że oskarżeni o pedofilię duchowni byli często uwikłani w kwestię agenturalności. To powinno dać nam do myślenia. Potrzebna jest zatem gigantyczna praca.

Kto miałby ją zapoczątkować?
Raczej nie politycy… Sensowni ludzie Kościoła.

A może wierni, którzy powinni mieć wpływ na duchownych?
Tak. Kościół to są właśnie przede wszystkim wierni. Sobór Watykański II stwierdza przecież wyraźnie, że Kościół jako Lud Boży jest o wiele ważniejszy niż Kościół jako instytucja. W Polsce natomiast jest odwrotnie: społeczeństwo i jego elity oddały kwestie wiary w ręce kleru. A jeżeli Kościół polski ma się odrodzić, jeśli ma działać zgodnie z dobrem demokratycznego państwa i jego obywateli, nie zaś korporacyjnym interesem własnym, musimy domagać się stanowczo większego udziału Ludu Bożego w jego stanowieniu. Ludzie wierzący muszą więc powiedzieć: to my jesteśmy Kościołem. Ale to dotyczy wierzących. Natomiast, jeśli chodzi o nas wszystkich już, musimy jak najszybciej rozpocząć systematyczną pracę nad świadomością i edukacją. Aby w sposób jednoznaczny i pewny nadrobić nasze straty w drodze do dobrostanu oraz rozumnej, porządnej demokracji. Tymczasem tak wielu z nas umyka – bo to wydaje się łatwe – ku błędnym cieniom przeszłości. Na dodatek cieniom kalekim, fałszywym.

Depresja plemnika

Poseł Krzysztof Brejza systematycznie i niezwykle skutecznie obnaża kulisy rządów Prawa i Sprawiedliwości.

Dzięki dociekliwości polityka PO mamy okazję dowiedzieć się, jak w ciągu zaledwie czterech lat zwiększyła się liczba stanowisk biurowych w Ministerstwie Zdrowia.

Otóż za rządów PiS wspomniane ministerstwo stworzyło 53 dodatkowe stanowiska. Jak komentuje to na swoim Twitterze Brejza jest to przykład rozdmuchanej biurokracji i nazywa proceder „#stołkiplus”.

Niewątpliwie pieniądze, które zostały wydane na utworzenie tylu stanowisk, mogłyby być wykorzystane w bardziej racjonalny sposób.

Więcej >>>

Przed „orbanizacją a la polonaise” przestrzegał podczas debaty, zorganizowanej przez TVN 24 z okazji 30-lecia wyborów z 4 czerwca, prof. Timothy Garton Ash – brytyjski historyk zajmujący się dziejami Europy po 1945 roku.  – „Gdybyśmy byli na Węgrzech Viktora Orbana, myślę, że byłaby to zupełnie inna rozmowa, podobna do rozmowy w Polsce 30 lat temu. Wątpię, czy Węgry w tej chwili to wolny kraj. Na pewno nie jest to liberalna demokracja…

View original post 1 774 słowa więcej

 

Morawiecki Ziobrę, czy Ziobro Morawieckiego? Kto zawiśnie za żebro?

Co naprawdę myśli Mateusz Morawiecki o Polakach? Pokazały to . Teraz pokaże to całej Polsce kolejny ! Podajcie dalej!

Ruszył

Największa grupa respondentów (49 proc.) uważa, że premier Mateusz Morawiecki powinien podać się do dymisji po opublikowaniu nagrań z afery podsłuchowej. Przeciwnego zdania jest co czwarty ankietowany, a zdania w tej sprawie nie ma 27 proc. badanych.

>>>

Według politologa prof. Antoniego Dudka wynik tego sondażu to fatalna wiadomość nie tylko dla premiera, ale i prezesa Jarosława Kaczyńskiego, który przeforsował go na to stanowisko. – Odsetek przeciwników dymisji Mateusza Morawieckiego jest znacznie mniejszy od odsetka zwolenników PiS oscylującego wedle innych badań w przedziale 35-45 proc. Jeśli premierowi nie uda się przekonać do swoich racji większości z 27 proc. nie mających zdania w tej sprawie, a podobne wyniki potwierdzą kolejne badania, to premier Morawiecki z wyborczej lokomotywy PiS, może się zamienić w najcięższy wagon do niej przyczepiony – komentuje.

Jeszcze przed wypłynięciem nagrań, dymisji premiera domagał się Grzegorz Schetyna w związku z tym, że Morawiecki musiał prostować swoją wypowiedź na temat inwestycji realizowanych przez rząd PO-PSL.

Od wybuchu afery podsłuchowej prezes PiS Jarosław Kaczyński i premier Mateusz Morawiecki dzwonią do siebie po kilka razy dziennie. Spotykają się co kilka dni. Wszystko ze sobą konsultują – co Morawiecki ma powiedzieć na wiecu, ile pieniędzy może obiecać na inwestycje w regionach podczas podróży po kraju. Kaczyński odetchnął z ulgą, bo według badań zamówionych przez PiS afera podsłuchowa na razie nie załamała poparcia dla partii. Bliski doradca prezesa mówi mi, że zmiany w poparciu dla PiS i premiera są w granicach błędu statystycznego. Zaufanie do Morawieckiego spadło o 1 punkt procentowy, a notowania PiS wzrosły o jeden punkt. Dlatego w PiS uważają, że ujawnienie nagrań raczej nie wpłynie na wynik wyborów samorządowych.

Według mojego rozmówcy Kaczyński początkowo obawiał się, że ujawnione nagrania negatywnie odbiją się na poparciu dla PiS i premiera w twardym elektoracie, bo wyborcy PiS uznają, że Morawiecki jednak nie jest swój i pozostał „banksterem”. Dlatego w PiS zapadła decyzja, że na finiszu kampanii samorządowej trzeba się zająć przede wszystkim utwardzaniem własnego elektoratu. Bo mógł zwątpić w Morawieckiego, który jest twarzą kampanii. Na ujawnionych nagraniach premier chwali kanclerz Niemiec Angelę Merkel, sam siebie nazywa liberałem i mówi, że ludzie powinni obniżyć oczekiwania, bo gdy „po wojnie i w jej trakcie zap… za miskę ryżu, to gospodarka się rozwijała”. Dla wyborców PiS, którzy od trzech lat słyszą szefa rządu popierającego rozdawanie pieniędzy i jego zapewniania, że Polacy powinni zarabiać tyle, co ludzie na Zachodzie, to mógł być szok. W innym fragmencie nagrania Morawiecki, wówczas prezes BZ WBK, komentując reklamę banku z Chuckiem Norrisem, mówi, że „ludzie są tacy głupi, że to działa. Niesamowite”.

Kłopotliwa taśma Morawieckiego

Ziobro stoi za ujawnieniem nagrań premiera?

Według moich rozmówców Morawiecki jest przekonany, że za ujawnieniem nagrań stoi minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro. Jako prokurator generalny dokładnie wiedział, co jest w materiałach śledztwa w sprawie afery podsłuchowej i co jest w nagraniach. Mógł zainspirować dziennikarzy, żeby je ujawnili. Ziobro od trzech lat wojuje z Morawieckim o wpływy w spółkach skarbu państwa. Zaufany współpracownik szefa rządu zwraca uwagę, że minister sprawiedliwości milczał przez tydzień po ujawnieniu nagrań. Dopiero w poniedziałek tydzień temu wystąpił na konferencji prasowej i mówił, że należy zadać pytanie o apolityczność sędziów Sądu Najwyższego, którzy udostępnili dziennikarzom akta sprawy. Podczas rozmowy z Jarosławem Kaczyńskim Morawiecki przyznał, że podejrzewa Ziobrę o zainspirowanie dziennikarzy. Przekonywał prezesa, że konflikt trzeba wreszcie przeciąć.

Kilku rozmówców w PiS uważa, że jeśli wynik wyborów samorządowych będzie zły albo średni, to zacznie się szukanie winnych. A skoro Morawiecki jest nie do ruszenia, bo ma być twarzą partii nie tylko w kampanii samorządowej, ale także w kampanii do Parlamentu Europejskiego i parlamentarnej w 2019 roku, to może paść na Ziobrę.

– Morawiecki będzie mógł powiedzieć, poprowadzę was do wyborów, ale nie w tych warunkach, kiedy co chwilę ktoś podstawia mi nogę – mówi ważny polityk PiS. Dodaje, że Kaczyński pewnie zgodzi się na wszystkie propozycje Morawieckiego. To może oznaczać, że po wyborach samorządowych wróci pomysł wysłania Ziobry do Parlamentu Europejskiego. Jest pytanie, czy minister sprawiedliwości da się wypchnąć. Gdy powstawała koalicja Zjednoczonej Prawicy, mówił, że chce kandydować do PE. Ale później jego chęć startu osłabła. W umowie koalicyjnej, którą Zjednoczona Prawica odnowiła w grudniu, zapisano jedynkę na Mazowszu do europarlamentu dla wicemarszałka Senatu Adama Bielana z partii Jarosława Gowina, dwójkę na Dolnym Śląsku dla Beaty Kempy z Solidarnej Polski Ziobry i trzecie miejsce w Małopolsce także dla SP. Współpracownicy prezesa pytali wtedy Ziobrę, czy będzie startował. Odpowiedział, że jeszcze nie zdecydował, ale raczej nie.

– Jeśli Zbyszek będzie w stanie się obronić, to zostanie w Polsce. A jeśli uzna, że Morawiecki jest zbyt silny, to ucieknie na pięć lat do Brukseli – mówi doradca Kaczyńskiego.

Ale nawet jeśli Ziobro zostanie w rządzie, to jest praktycznie przesądzone, że za aferę podsłuchową zapłaci osłabieniem wpływów w spółkach skarbu państwa. W otoczeniu Kaczyńskiego coraz bardziej umacnia się przekonanie, że cała kampania przeciwko Morawieckiemu jest zasilana pieniędzmi ze spółek kontrolowanych przez ludzi Ziobry. I nieważne, czy to jest prawda, czy nie. Ważne, że Kaczyński coraz bardziej zaczyna w to wierzyć.

Nie boicie się jeszcze? To już czas zacząć. Kaczyński chce, żeby było gorzej. O jak on chce, to dostaje. „Zależy nam na tym, aby poziom życia zmniejszał się”…

Co naprawdę myśli Mateusz Morawiecki o Polakach?

Pokazały to #TaśmyMorawieckiego. Teraz pokaże to całej Polsce kolejny #KonwójWstydu!

Holtei

Niedziela 7 października. Morawiecki: środki z Unii pomagają naprawiać chodniki

Premier Mateusz Morawiecki stwierdził podczas spotkania wyborczego z mieszkańcami Dębicy, że rząd PiS odzyskał z podatku VAT więcej pieniędzy niż Polska otrzymuje z dotacji Unii Europejskiej. „Pozyskaliśmy więcej środków od bandytów, mafii VAT-owskich, przestępców podatkowych. To jest w budżecie […], więcej środków od tych bandytów, którzy swobodnie sobie hulali po państwie polskim za czasów PO i PSL, więcej środków odzyskaliśmy niż środki unijne. Środki unijne są ważne, cieszymy się z nich. One nam pomagają odnawiać chodniki. Ale dużo więcej dobra przynosi rząd Prawa i Sprawiedliwości”.

Poniedziałek 8 października. III RP według Gadowskiego

Witold Gadowski napisał w „Sieciach”: „III RP nie istnieje – w zamian zaserwowali nam zuchwałą i prostacką podróbkę – coś, co z natury budzi niesmak i zwątpienie. »Spawacza« Jaruzela zrobili prezydentem, Kiszczaka ministrem, Siwickiego ministrem, a na premiera obrali dygota i zaprzańca, który chciał kary dla biskupa Kaczmarka. …

View original post 6 083 słowa więcej

Mateusz Morawiecki – polski wkład jako wzorzec z Sèvres

To niewiarygodne, ale PiS znowu swoją ewidentną porażkę usiłuje przekuć w sukces. Tym razem chodzi o wyrok Sądu Apelacyjnego, który nakazał Mateuszowi Morawieckiemu przeprosić za wygłoszone przez kłamstwo na wiecu wyborczym w Świebodzinie. Mówił wtedy, że za rządów PO-PSL nie budowano dróg i mostów.

Otóż szef sztabu wyborczego PiS europoseł Tomasz Poręba napisał na Twitterze, że… Sąd Apelacyjny przyznał rację premierowi Morawieckiemu! – „1. Sąd nie nakazał przeprosin. 2. Wniosek został oddalony w części dotyczącej wnioskowanego oświadczenia, jak i zakazu rozpowszechniania informacji o braku budowy przez rząd koalicji PO-PSL dróg oraz mostów. 3. Sąd Apelacyjny przyznał rację PMM w zakresie wypowiedzi „nie było dróg i mostów”. 4. PMM ma wydać jedynie oświadczenie które zostanie opublikowane” – napisał Poręba.

W internecie zawrzało. – Panie Poręba, zmiłuj się, nie zaklinaj już tej rzeczywistości. Morawiecki powiedział nieprawdę, czyli skłamał”; – „Brzydko, panie Poręba, tak manipulować. A i z czytaniem ze zrozumieniem kłopoty”; – „Czyli logika PiS i alternatywna interpretacja rzeczywistości w pełnej krasie. Kto się spodziewał czegoś innego niż kolejne brednie i urojenia, w które będą brnąć?”; – „Panie Poręba, może pan przestać się kompromitować? Mateusz Morawiecki powiedział nieprawdę, musi sprostować, a mówienie nieprawdy, jest kłamstwem, czy ma Pan problem że zrozumieniem tego?” – pisali internauci.

Część przytaczała Porębie treść oświadczenia, do wygłoszenia którego sąd zobowiązał premiera. – „Nieprawdziwe są informacje podane przeze mnie w dniu 15 września 2018 r. podczas wiecu wyborczego komitetu wyborczego Prawo i Sprawiedliwość w Świebodzinie, że w ciągu jednego do półtora roku wydawana jest przez nas większa suma na drogi lokalne, niż za czasów koalicji PO i PSL w ciągu ośmiu lat. Mateusz Morawiecki, premier rządu Rzeczpospolitej Polskiej”.

Innego „wytłumaczenia” spróbował wicemarszałek Senatu Adam Bielan.

W Polsat News stwierdził, że wypowiedź premiera „być może nie była precyzyjna”. – „Taki jest charakter wiecu wyborczego, szczególnie, jak polityk nie czyta z kartki, jak wielu liderów – również Platformy – nie duka, tylko mówi w sposób spontaniczny, mówi z głowy. Pan premier Morawiecki jest świetnym mówcą, natomiast być może, PO złapała go za jakieś słowo” – powiedział Bielan. Nie uściślił, za które…

Wyprowadzane z dolnośląskiego PCK pieniądze przekazywane były politykom PiS nie tylko z okazji kampanii wyborczych, dla części z nich stanowiły stały dodatkowy dochód. Tak „zarabiać” miał m.in. obecny poseł Piotr Babiarz. Prokurator badająca ten przekręt kilka tygodni temu zrezygnowała z prowadzenia śledztwa i poprosiła o dobrowolną degradację.

Dolnośląskim oddziałem Polskiego Czerwonego Krzyża przez lata kierowali politycy PiS. Prezesem był były radny sejmiku wojewódzkiego Rafał Holanowski, jego zastępcą poseł Piotr Babiarz, a dyrektorem – radny obecnej kadencji sejmiku Jerzy G. Ten ostatni podejrzewany jest dziś przez prokuraturę o wyprowadzenie z kasy PCK – wspólnie i w porozumieniu z innymi osobami – 1,2 mln zł.

Przez rok, który minął niedawno od wszczęcia śledztwa w tej sprawie, badaliśmy mechanizm wyprowadzania pieniędzy oraz to, kto z nich korzystał i komu służyły. Rozmawialiśmy z podejrzanymi, ze świadkami, z byłymi i obecnymi pracownikami PCK, a także śledczymi.

Z naszych ustaleń wyłania się obraz dobrze funkcjonującego układu, z którego garściami przez kilka lat czerpali dochody ludzie związani z PiS. Mechanizm był prosty: w latach 2014-17 zwerbowani przez Jerzego G. pracownicy PCK kradli odzież z należących do niego kontenerów, do których zbierana była ona na potrzeby najbiedniejszych. Potem za pośrednictwem firmy zarejestrowanej na „słupa” sprzedawali ją w zaprzyjaźnionych lumpeksach i hurtowniach.

Sąd Apelacyjny w Warszawie orzekł, że premier Mateusz Morawiecki ma sprostować wypowiedź z wyborczego wiecu w Świebodzinie, gdzie stwierdził o rządach koalicji PO-PSL: „Nasi poprzednicy mówili, że budujemy nie politykę, tylko drogi i mosty. Nie było ani dróg, ani mostów”. A także: „W ciągu jednego do półtora roku wydawana jest przez nas większa suma na drogi lokalne niż za czasów koalicji Platformy Obywatelskiej i Polskiego Stronnictwa Ludowego w ciągu ośmiu lat”.

„Ocenna” wypowiedź premiera

Najpierw był spór o to, czy tę wypowiedź można sądzić w 24-godzinnym trybie wyborczym, skoro premier nie jest oficjalnie uczestnikiem kampanii. Sąd Okręgowy uznał, że nie można, Sąd Apelacyjny był odmiennego zdania i sprawa trafiła do ponownego rozpoznania. Tym razem pierwsza instancja uznała, że była to „wypowiedź ocenna”, a takie nie podlegają kategoriom prawda–fałsz, zatem nie podlegają też wyborczemu trybowi. Dziś sąd drugiej instancji uznał, że jednak było to stwierdzenie co do faktów – i że było fałszywe.

Jak PiS rozprawia się z niepokornymi sędziami

Wyrok oznaką lizusostwa?

Wczoraj, komentując wyrok pierwszej instancji (że premier nie musi prostować tej wypowiedzi), napisałam, że dzięki temu, że PiS zastrasza i awansuje sędziów, promując posłusznych i karząc niezawisłych, każdy wyrok jest dzisiaj komentowany nie z punktu widzenia prawa czy słuszności, ale jako efekt politycznego lizusostwa sędziów, ewentualnie strachu z jednej, a niechęci sędziów do PiS z drugiej strony. A to rujnuje zaufanie do wymiaru sprawiedliwości. I o to właśnie chodziło PiS-owi.

Jak się zachowa Mateusz Morawiecki

Mamy kolejny wyrok, tym razem niekorzystny dla PiS. I najbardziej mnie ciekawi, czy premier go wykona. Bo przecież w III RP PiS, już od niemal trzech lat, przypisuje sobie prawo do oceny, który wyrok należy wykonać, bo jest słuszny i prawidłowy, a którego nie. Ostatnio – z wyprzedzeniem – ostrzegł o tym Trybunał Sprawiedliwości UE, w razie gdyby Trybunałowi przyszło do głowy orzec nie po myśli polskich władz w sprawach dotyczących „reformy” Sądu Najwyższego.

No więc ciekawe, czy tym razem premier uzna wyrok. Czy też stwierdzi, że nie jest to wyrok w rozumieniu prawa – jak orzekła premier Beata Szydło o wyrokach Trybunału Konstytucyjnego przed „dobrą zmianą”. Albo, jak sam stwierdził o przyszłym rozstrzygnięciu TSUE – że nie będzie się mieściło w granicach prawa. A może odwoła się do „suwerena” i – jak w przypadku rzekomego poparcia dla swoich „reform” wymiaru sprawiedliwości – pokaże w „Wiadomościach” TVP wyniki sondażu opinii publicznej: „Czy premier ma sprostować wypowiedź: tak / nie / nie mam zdania”?

Zaciera się w masowej kulturze ponowoczesnej tradycyjne pojęcie dobra i zła – coś, co mieściło się w przedwojennej zasadzie przyzwoitości, do czego wracał Bartoszewski, mówiąc, że „warto być przyzwoitym” – mówi nam prof. Zbigniew Mikołejko, filozof i historyk religii, eseista, kierownik Zakładu Badań nad Religią w Instytucie Filozofii i Socjologii PAN. Pytamy o kłamstwo w polityce i w życiu, o iluzje i manipulacje elektoratem. – Proszę zobaczyć, kto się dorwał obecnie do władzy. Tam nie ma ludzi, którzy mają specjalne zasługi dla Rzeczpospolitej, a wręcz przeciwnie: są ludzie, którzy nie brali szczególnego udziału w żmudnym i bolesnym wędrowaniu Polski ku wolności (a często byli po stronie upadłego reżimu), są ludzie mali, wszelkiego rodzaju drobnomieszczaństwo, ludzie rozgoryczeni i rozeźleni, którzy przegrali – często jedynie w swej świadomości – na transformacji.

JUSTYNA KOĆ: Wicemarszałek Senatu Adam Bielan mówi: spowodowaliśmy, że Polska nigdy nie była tak silna na arenie międzynarodowej. Premier przekonuje, że nie było dróg za poprzednich rządów i że sam negocjował wejście Polski do UE, minister edukacji twierdzi, że reforma była bezkosztowa i żaden nauczyciel nie stracił pracy, chociaż samorządy musiały dopłacić miliony zł. Czy kłamstwo opanowało politykę?

ZBIGNIEW MIKOŁEJKO: To rozlewisko kłamstwa rzeczywiście jest przerażające i przynosi na myśl najgorsze wzory dziejowe. Chociaż to, co teraz obserwujemy, jest niebywałe, ponieważ środki, przy pomocy których można rozsiewać kłamstwo, uległy spotęgowaniu. Kiedyś instrumentarium kłamstwa nie miało tylu możliwości przenikania do różnych miejsc, do tylu środowisk, chociażby dlatego, że propaganda radiowa nie dotykała wszystkich w czasach nazizmu czy sowietyzmu, bo nie każdy np. miał radio.

Dziś natomiast – czy chcemy tego, czy nie – żyjemy w takiej wirtualnej powięzi, gdzie kłamstwo dopada nas w najgłębszym naszym przytulisku. Wystarczy, że otworzymy w domu komputer – i już możemy się znaleźć w przestrzeni kłamstwa.

Podsumowując ten wątek: łatwość dostępu do narzędzi rozsiewania kłamstwa jest tu bardzo ważna, ale zaraz za nią kroczy druga przyczyna.

Ponieważ znaczna część z nas żyje w tej wirtualnej powięzi, to zostaje zatarta granica między tym, co rzeczywiste, a co nie. Sama przy tym technika przekazu informacji nie jest neutralna i wiele osób staje się z tego powodu zagubiona. Po trzecie, drastycznie nam osłabł system edukacji; polska szkoła jest szkołą, która najmniej w skali świata – jak mówią najnowsze badania – uczy literatury, pisania i czytania.

Zatem ludzie – trochę na własne życzenie, bo łatwiej jest być leniwym umysłowo niż pracować intelektualnie – stali się bezbronni wobec kłamstwa. Sztuka czytania literatury i pisania jest przecież sztuką myślenia, poszerzania własnych horyzontów, wyrażania własnych myśli i rozeznania w świecie itd.

Przychodzi mi na myśl przykład faraonów, którzy za pomocą wiedzy o zaćmieniu słońca manipulowali ludem.
To jest właśnie ten mechanizm, który obnaża w powieści „Faraon” Bolesław Prus. To oczywiście przykład literacki, choć ważny i symboliczny, bo doskonale i dramatycznie pokazuje niszczące uderzenie tego, co irracjonalne, nierozumne i mroczne, w to co racjonalne i pożyteczne – także dla ludu, który jednak idzie za tym, co dla niego zgubne, nieszczęsne. To gorzki obraz z książki Prusa, ale znamy przecież podobne przypadki z historii. Jest ich bardzo wiele. I dziś zresztą obserwujemy ten sam mechanizm, nie tylko w Polsce.

Ludzie bowiem niekoniecznie idą za tym zawsze, co dla nich dobre. I ulegając kłamstwu, często działają na własną zgubę, gdyż zostają zmanipulowani. Zresztą to kluczowe słowo; „zmanipulowani” oznacza, że stają się niewolnikami cudzych iluzji.

Panie profesorze, ale jednak człowiek jest istotą rozumną, a pamięć ludzka sięga dalej niż trzy lata wstecz. Chyba ludzie pamiętają, jak jeździło się wtedy po Polsce. A dziś premier mówi, że dróg nie było. Jak to możliwe?
Bo tu mamy jeszcze jeden mechanizm – dość szczególne przełamanie dysonansu poznawczego w tak szerokiej społecznej skali. Ten sam mechanizm wykorzystują zresztą sekty; zrobiłem coś dobrego dla kogoś albo uległem komuś tylko raz i w jednej sprawie – ot, zagłosowałem na rządzącą formację, bo dała mi 500 zł. Teraz więc, żeby zachować twarz i pozory rozumności i bezinteresowności tego własnego czynu, muszę zamknąć oczy np. na daty, fakty, historię, nawet na elementarną prawdę, choćby była ona niepodważalna, jaskrawa i krzyczałaby wniebogłosy. Jeżeli jeszcze do tego wykazałem się jakąś gorliwością w popieraniu owej władzy, to nie mogę nagle powiedzieć, że ona jest kłamliwa i zła. To wszystko dzieje się nie dlatego, że kocham tę władzę, tylko dlatego, że ja sam w pewnym momencie dałem się kupić, raz zwieść, ale nie mogę się do tego przyznać nawet przed samym sobą. I

tylko najtęższe umysły potrafią zrelatywizować swoje poglądy, wysupłać się jakoś z tego wewnętrznego zapętlenia.

W przypadku PiS-u mamy tylko kilka przykładów. Najgłośniejsze to profesorowie Jadwiga Staniszkis i Ryszard Bugaj, którzy popierali oficjalnie PiS, potem zmienili zdanie.
Bo to niezwykle trudne. Możemy to pokazać przez przykład pewnego eksperymentu dotyczącego przełamywania dysonansu poznawczego. Oto pewien niepalący mężczyzna został wprowadzony w stan hipnozy. I poproszono go, aby w piękny, pogodny dzień włożył płaszcz i wziął parasol, wreszcie udał się do odległego kiosku, chociaż miał taki również pod domem. No i kupił tam paczkę papierosów. Został następnie rozbudzony przy powrocie i zaczęto zadawać mu pytania. – Dlaczego kupiłeś papierosy, skoro nie palisz? – No, pomyślałem, że mogą przyjść do mnie goście i któremuś z nich może zabraknąć papierosów…  – A dlaczego jesteś w płaszczu i z parasolem, skoro jest taka ładna pogoda? – No, bałem się, że może zacząć za chwile padać. – A dlaczego udałeś się do dalekiego kiosku, skoro masz pod domem taki sam? – No bo skoro jest taka ładna pogoda, to chciałem się przejść, bo jest taka ładna pogoda…

To jest ten sam mechanizm, z którym mamy do czynienia w życiu zbiorowym – znajdowania pozornie rozumnych uzasadnień dla naszych nierozumnych czynów i wyborów – tylko pokazany na jednostkowym przykładzie.

Powiedział pan, że podobnie narzędziami operują sekty?
Tak, szczególnie te niebezpieczne. Tam zazwyczaj przyszłych, ewentualnych członków prosi się o drobną przysługę, np. przyniesienie paczki – i dopiero wówczas stopniowo zachęca do rozmowy, do wejścia w relacje. I taka osoba często zostaje oddanym członkiem grupy. Na ulicy bowiem trudno kogoś zachęcić, żeby nagle przyłączył się do sekty, której prawdziwe cele są ukryte.

PiS też zresztą nie mówił, że rozwali system, że nie będzie przestrzegał konstytucji. W kampanii więc uśmiechnięta Beata Szydło mówiła o polskich rodzinach i malowała szkołę, a prezydent Duda opowiadał, że będzie prezydentem wszystkich Polaków.

Kolejne kłamstwo.
Zatem – myśli wyborca – skoro już zagłosowałem na PiS lub jego poplecznika, partię Kukiza, czyli PiS dla małolatów (bo to jest bardziej anarchiczny i nieuporządkowany wariant podobnego populizmu) – to cały czas chcę potem sobie i innym udowodnić, że zrobiłem słusznie, że to, co robi PiS, jest racjonalne, służy dobru mojemu i powszechnemu. Nie liczy się wtedy dookolna rzeczywistość z jej prawdą faktów –

liczy się tylko świat wewnętrzny, gdzie za wszelka cenę próbuje się zachować spójność swoich czynów z ocenami moralnymi. I tu jest sedno sprawy.

To musi działać przede wszystkim na elektorat PiS-u, a co z resztą?
Niekoniecznie tylko na elektorat PiS-u, ale też i na ludzi tzw. obojętnych. Skoro bowiem nie zareagowałem na zło, które wokół mnie się działo czy dzieje, na obłudę, agresję i kłamstwo, to muszę to sobie jakoś wytłumaczyć, jakoś się z tym rozliczyć. I tu mamy również znamienny przykład z obszaru psychologii społecznej: głośne ongiś zabójstwo studentki Kitty Genovese, która została brutalnie zamordowana na jednym z amerykańskich kampusów, a ludzie przyglądali się temu z okien, widzieli zbrodnię i nie zareagowali. Później swą obojętność tłumaczyli tym, że Kitty Genovese była zła i grzeszna. Pojawił się nawet artykuł w uniwersyteckiej gazecie, który opisywał ją jako osobę z gruntu niemoralną. Takie zachowanie nazwano „efektem widza”.

Jest to przykład dyfuzji odpowiedzialności, jej rozproszenia, które powoduje, że obojętni obserwatorzy zdarzeń zaczynają szukać usprawiedliwień w kłamstwie. A do tego przychodzą jeszcze źli i bezczelni manipulatorzy, którzy kłamią i „odwracają kota ogonem”, aby osiągnąć rozmaite korzyści – polityczne, emocjonalne, finansowe.

A nawiasem mówiąc, zjawiska interesu emocjonalnego, którego rolę staram się podkreślać od lat, nasza socjologia polityczna nie brała pod uwagę. I dalej właściwie nie bierze – albo bierze ospale. I dopiero badania prof. Gduli nad Miastkiem trochę uwydatniły ów interes emocjonalny. A tymczasem ludzie – różne ich zbiorowości – mają ważne i trwałe interesy emocjonalne, które niekoniecznie są zgodne z interesami ekonomicznymi czy społecznymi. Ba, często są brutalnie sprzeczne z tymi ekonomicznymi czy społecznymi. To oznacza, że na czystkach w Sądzie Najwyższym, w mediach, na represjonowaniu sędziów „ja” nie zyskuje w sensie bezpośrednim żadnych oczywistych, wymiernych korzyści, ale za to odczuwa silnie schadenfreude, „złą radość” z cudzego nieszczęścia.

Polega to na myśleniu: wprawdzie ja sam nie doznaję niczego korzystnego, ale dobrze tak tym sędziom, tym lekarzom, tym dziennikarzynom wyrzuconym z roboty! Taka „zła radość” stanowi bowiem swoistą uczuciową „zapłatę” za moje rzeczywiste czy – dużo częściej – urojone krzywdy.

To typowo polskie?
Typowe dla ludzi małych i niewiele w swoim odczuciu znaczących, a takich pośród nas jest większość. To dotyczyć może zatem tych wszystkich, którzy nie doznali awansu społecznego z różnych przyczyn i dowartościowują się właśnie cudzym nieszczęściem. Tu także jest istotny poziom szkoły. Przed 1989 rokiem szkoła, jakkolwiek nadmiernie represyjna, stawiała jednak wiele wymagań co do nauki i zasad postępowania. Potem jednak mechanizm ten uległ zdecydowanemu i nadmiernemu rozluźnieniu, serwowanemu pod hasłem demokratyzacji.

Oczywiście, proces demokratyzacji był szkole potrzebny, ale przecież nie przez uwolnienie dzieci i młodzieży od poczucia obowiązku, także wobec siebie samych – od obowiązku nauki, zdobywania wiedzy, rozwoju, stawiania sobie wymagań.

Ten proces jeszcze nasilił się poprzez dostępność do szkół wyższych – zatem mamy trzy razy więcej uczelni niż Stany Zjednoczone. W Polsce jest ich bodaj 450, a w USA – 150. No i dziś mamy mniej maturzystów niż miejsc na uczelniach wyższych. Zatarły się więc progi inicjacyjne, czyli trudne i bolesne momenty, które pozwalały wznieść się jednak wyżej, awansować. Wszystkie społeczności miały takie progi inicjacyjne – i kultury pierwotne, i nowoczesne zachodnie.

Aby stać się więc dorosłym mężczyzną czy dojrzałą kobietą, trzeba było przejść przez bolesny – czasem nawet drastyczny – proces. Wówczas dopiero można było stać się członkiem wyższej grupy społecznej, zwiększyć swe prawa (ale i obowiązki): przejść z kategorii chłopców do kategorii mężczyzn, z kategorii dziewcząt do kategorii kobiet.

Społeczeństwa zachodnie ukształtowały natomiast system inicjacyjny oparty na edukacji szkolnej. Progiem była choćby matura, zwana kiedyś nie bez powodu „egzaminem dojrzałości”. Jeśli więc manipulujemy przy tym progu, łagodzimy go czy niwelujemy, to stawiamy coraz niższe warunki dojrzałości – intelektualnej, emocjonalnej, kulturowej – społeczeństwu. A z drugiej strony coś, co nie wymaga wysiłku, jest nisko cenione. Za tym idzie prosta prawda, że tego, czego nie ma systemie szkolnym, nie ma i w mentalności powszechnej. W obliczu zdegradowania progów inicjacyjnych nie ma się więc co dziwić, że zbiorowości naszej tak brakuje nie tylko elementarnej wiedzy o świecie, wiedzy historycznej, ekonomicznej, prawnej, ale też rozeznania w rzeczywistych hierarchiach wartości, właściwych zasadach egzystencji społecznej i normach moralnych.

Na dodatek brak usankcjonowanej społecznie inicjacji bywa często spontanicznie kompensowany – co obserwujemy nie tylko w szkołach, ale i w wielkich korporacjach – przez tzw. inicjację dziką, drastyczną i nieuporządkowaną.

Czyli sami na to zapracowaliśmy?
Środowiska liberalne i lewicowe, rządzące nami po 89 roku, same zgotowały sobie taki los. Zbudowały bowiem fałszywą paideię, pozorny system wychowania i nauki. Dziś zatem dyplom renomowanej uczelni jest porównywany z dyplomem uczelni, która jest skrzyżowaniem „szkoły pod żaglami” z akademią Lata z Radiem.

Zaciera się ponadto w masowej kulturze ponowoczesnej tradycyjne pojęcie dobra i zła – coś, co mieściło się w przedwojennej zasadzie przyzwoitości (do czego wracał Bartoszewski, mówiąc, że „warto być przyzwoitym”).

No i

kultura kłamstwa jest też kulturą pogardy.

Proszę więc zobaczyć, kto się dorwał obecnie do władzy. Tam nie ma ludzi, którzy mają specjalne zasługi dla Rzeczpospolitej, a wręcz przeciwnie: są ludzie, którzy nie brali szczególnego udziału w żmudnym i bolesnym wędrowaniu Polski ku wolności (a często byli po stronie upadłego reżimu), są ludzie mali, wszelkiego rodzaju drobnomieszczaństwo, ludzie rozgoryczeni i rozeźleni , którzy przegrali – często jedynie w swej świadomości – na transformacji. I oto właśnie ci ludzie, dzięki fatalnie skonstruowanemu mechanizmowi wyborczemu i kłamstwu, zyskali nagle władzę – nad mądrzejszymi, bardziej pracowitymi i zasłużonymi, nad tymi, którzy mają nierzadko piękne, heroiczne karty. Rozkoszują się więc taką władzą, bo wszystko mogą. To jest rodzaj władzy absolutnej i absolutnej bezkarności – bo nie ma takiego mechanizmu, który zabroni kłamać i za to ukarze.

Waldemar Mystkowski pisze o ojkofobii i kaczofobii.

Jarosław Kaczyński niczym tsunami wzbudził falę ojkofobii, która związana jest jednak z jego osobą i winna się nazywać właściwie – kaczofobią.

Ojkofobia rozlała się szerokim nurtem po Polsce i Polakach. Zdaje się, że dotyczy w głównej mierze tego, który ten termin upowszechnia – Jarosława Kaczyńskiego. Otóż prezes Kaczyński zaskarżył Lecha Wałęsę o to, że ten powiedział, iż prezes jest mimowolnym sprawcą katastrofy smoleńskiej, bo telefonicznie ponaglał brata Lecha do lądowania w Smoleńsku, a oprócz tego Wałęsa sugerował niedyspozycję psychiczną prezesa.

Wydawałoby się, że Kaczyński powinien w te pędy lecieć do sądu, gdy już wyznaczono termin rozprawy, lecz nadsyłał usprawiedliwienia, iż jest chory na kolano (acz nie na głowę). Wałęsa upierał się, że Kaczyński kłamie, bo w tym czasie bywał w górach (zdjęcia publikował Joachim Brudziński), a także obwożono go w ruchomym cyrku kampanii wyborczej PiS, aby wygłaszał krótkie przemówienia jako dyrektor pisowskiej menażerii i na dowód, że daleko mu do mauzoleum. Jednak prezes padł, znowu powędrował do szpitala leczyć kolano. Niestety, pojawił się kolejny termin, Kaczyński bohatersko wziął sobie to na klatę i zlecił metodę telekonferencji, stosowaną na świecie w szczególnych wypadkach, gdy przesłuchiwano bossów mafii.

Do zdalnego przesłuchania nie doszło, bo sprzęt też dostał ojkofobii, po prostu zwyczajnie padł, odmówił posłuszeństwa. Ojkofobia zdaje się, że dotknęła też Andrzeja Dudę, który został złapany na dalekim forum ONZ w Nowym Jorku, gdzie gęba mu się śmiała, bo udało mu się przysiąść do Donalda Tuska. Nie dziwię się Dudzie, który spotyka się zewsząd z ostracyzmem, a gdy zobaczył rodaka, to nie mógł powstrzymać się od pozytywnych emocji i dał temu upust z dala od kraju dotkniętego nie tylko ojkofobią.

Radość Dudy może mieć kilka den. Jedno z pytań może brzmieć – ciekawe, z kogo się naśmiewali Tusk i Duda, a jeszcze ciekawsze, czy ten ktoś będzie zadowolony… tym bardziej, że cierpi na kolano. Powyższe pytanie sformułował Roman Giertych.

Marek Migalski zaś postrzega inaczej: Tusk spalił Dudę, bo jeśli ktoś na tych uśmiechach stracił, to przecież Duda, nie Tusk, a zatem prezydent dał się podejść jak dziecko. Ale może być jeszcze inaczej. Duda nie daje już rady w kraju, być prezydentem to nie na jego brzemię. Może przeczytał „Fakt”, w którym piszą, że w wyborach prezydenckich Kaczyński nie wystawi jego, a Mateusza Morawieckiego.

I z kogo się śmiali? Rzecz jasna z prezesa, a Tusk ponadto ze swego byłego doradcy Morawieckiego. Każdy śmiałby się w Nowym Jorku, gdyby uświadomił sobie, jak w kraju męczą się w rynsztoku kłamstw Morawiecki z Kaczyńskim.

Zaś zupełnej ojkofobii dostał Naczelny Sąd Administracyjny, który nakazał wstrzymanie wykonania uchwały Krajowej Rady Sądownictwa z wnioskami o powołanie sędziów Sądu Najwyższego do Izby Karnej SN.

Gdyby ojkofobia miała siłę kołka osikowego, to już mielibyśmy do czynienia z końcem chorych emocji godnych horroru, które wzbudził prezes Kaczyński. Wywołał do tablicy najwyższe gremia władzy sądowniczej, a te postanowiły, iż Zgromadzenia Ogólne sędziów dwóch izb Sądu Najwyższego zgodnie z nową ustawą o Sądzie Najwyższym zebrały się w celu wyboru następców swoich odesłanych w stan spoczynku prezesów Stanisława Zabłockiego i Józefa Iwulskiego. Efekt – sędziowie stwierdzili, że obaj nadal są prezesami izb.

Czyli ta pseudo reforma sądownictwa dokonana przez PiS jest guzik warta, oto legła w gruzach. Władza sądownicza działa zgodnie z zaleceniami Komisji Europejskiej. W kraju prezes Kaczyński niczym tsunami wzbudził fale ojkofobii, która związana jest jednak z jego osobą i winna się nazywać właściwie – kaczofobią. Oj, kaczyzm nie podoba się nam i władzom unijnym, bo to po prostu swojska odmiana autokracji, która jest obca zachodnim wartościom.

>>>

Post Navigation