Hairwald

W ciętej ranie obecności

Archive for the tag “pedofilia”

Pedofilia. Jak się na nią godzić w szkole. Takie brewerie są upowszechniane w edukacji wg rytu pisowsko-katolickiego

„Kler” przeorze świadomość Polaków. Duda normalnieje?

Warszawski ksiądz Jacek Dunin-Borkowski w swoim wpisie na Twitterze ocenił, że „plaga pedalstwa w kościele nie jest związana a celibatem”.

Ksiądz w ten sposób, odniósł się do wpisu dziennikarza TVP Cezarego Gmyza, który na swoim Twitterze polecił tekst Tomasza Terlikowskiego o homoseksualizmie w kościele. W artykule postawiono tezę, że na obecny kryzys w kościele związany z nadużyciami seksualnymi duży wpływ ma homoseksualizm wśród księży. Gmyz dodał od siebie, że wpływ na problem ma również celibat.

Ksiądz Dunin-Borkowski skomentował słowa Gmyza. „Plaga pedalstwa w Kościele nie jest związana z celibatem. Tylko pedał jest trochę mniej widoczny, szczególnie jak się księża pieprzą ze sobą. No i nie mają dzieci”.

Wpis księdza wywołał dyskusję. Włączył się do niej Kazimierz Bem, zadeklarowany gej oraz pastor ewangelicko-reformowany, mieszkający w USA.

Komentarz diecezji warszawsko-praską. – W związku z głęboko niestosownymi publikacjami ksiądz Jacek Dunin-Borkowski zostanie wezwany na rozmowę do Kurii Warszawsko-Praskiej – mówi Jakub Troszyński, rzecznik diecezji.

Jak dodaje, w przeszłości ksiądz Jacek Dunin-Borkowski dwukrotnie otrzymał upomnienia kanoniczne za niestosowne wpisy na portalach społecznościowych.

Z księdzem Duninem-Borkowski nie udało nam się skontaktować. Jak ustaliliśmy, aktualnie nie pracuje w żadnej parafii i ze względu na osobistą sytuację, przebywa w domu rodzinnym.

Pedofilia w Kościele: liczne przypadki

W ostatnich miesiącach było głośno nie tylko o przypadkach pedofilii w USA, Irlandii czy Niemczech, ale także w Polsce, jak chociażby o sprawie księdza Romana B., który więził i przez kilkanaście miesięcy gwałcił 13-letnią uczennicę, którą poznał na lekcjach religii czy o księdzu Pawle K., który odsiaduje wyrok 7 lat więzienia za wykorzystanie trzech chłopców.

Więcej o przypadkach pedofilii w Kościele przeczytasz tutaj:

Ministerstwo sprawiedliwości opublikowało listę 28 organizacji, którym przyznano dotacje z Funduszu Sprawiedliwości. Jedną z nich jest fundacja Lux Veritatis Tadeusza Rydzyka.  Na razie nie wiadomo, ile pieniędzy trafi do redemptorysty; wiadomo natomiast, że Fundusz Sprawiedliwości dysponuje ponad 200 milionami złotych. – „Na korytarzach mówi się, że tym razem dotacje sięgały nawet kilkudziesięciu milionów” – powiedział TVN 24 jeden z urzędników resortu, prosząc o zachowanie anonimowości.

Oprócz fundacji Rydzyka, dotacje dostaną przede wszystkim organizacje związane z Kościołem. Na liście jest np. fundacja „Action Life”, która specjalizuje się w niesieniu pomocy parom z problemem niepłodności (oczywiście bez metody in vitro). Z kolei Fundacja Podlaskie Centrum Radiowe, która chce rozwijać „media na poziomie lokalnym i regionalnym w oparciu o zasady nauki społecznej Kościoła Katolickiego”, dostała aż dwie dotacje.

Pieniądze zgromadzone w Funduszu Sprawiedliwości, który wcześniej nazywał się Funduszem Pomocy Poszkodowanym i Pomocy Postpenitencjarnej, pochodzą z kar, które nakładają sądy na sprawców przestępstw. Przed dojściem PiS do władzy środki z Funduszu trafiały do organizacji pozarządowych, które prowadziły linie telefoniczne dla ofiar przemocy domowej, zajmowały się pomocą dla nich czy prowadziły domy dziennej opieki dla zagrożonej młodzieży.

Widać już spadek poparcia dla Unii w ciągu ostatniego roku. Oznacza to, że PiS-owska propaganda działa. W końcu może dojść do tego, że z 80 proc. poparcia dla członkostwa Polski w UE spadniemy do 50 proc. W telewizji publicznej przekonuje się ludzi, że mamy do czynienia z dyktatem Brukseli, że Unia chce nam narzucić swoje prawa, że lewacka Europa dybie na nasze wartości… Prezydent opowiada brednie o „wyimaginowanej wspólnocie” i przyrównuje Unię do zaborów, a premier kłamie od świtu do nocy – mówi w rozmowie z nami prof. Dariusz Rosati, europoseł, członek zespołu doradców ekonomicznych PO i były minister spraw zagranicznych. – Proces krytykowania i zohydzania Unii w oczach obywateli trwa. Decyzja Komisji Europejskiej zostanie zresztą również do tego wykorzystana. Antyunijna propaganda będzie trwała, a jak rząd się zorientuje, że naród został „urobiony”, to wtedy ten temat pojawi się oficjalnie. Powtarzam, wszystko zmierza do tego, żebyśmy z Unii wyszli

KAMILA TERPIAŁ: Komisja Europejska zdecydowała o przekazaniu skargi do Trybunału Sprawiedliwości UE „z uwagi na pogwałcenie przez Polskę zasady niezawisłości sędziów”. Chce również, aby Trybunał przywrócił stan prawny sprzed wprowadzenia ustawy o Sądzie Najwyższym. Czekał pan na taki ruch?

DARIUSZ ROSATI: To było jasne od ubiegłej środy. Decyzję podjęto w trybie obiegowym, czyli nawet nie czekając na kolejne posiedzenie Komisji. Wcześniejsze wstrzymanie się z decyzją było interpretowane jako czekanie na wyniki rozmowy premiera Mateusza Morawieckiego z I Prezes Sądu Najwyższego prof. Gersdorf. Nie liczyłem na to, że PiS będzie w stanie wycofać się z decyzji, bo musiałby przyznać się do porażki.

Decyzja KE jest uzasadniona ze względu na kilka zapisów w ustawie o Sądzie Najwyższym, które naruszają niezawisłość sędziowską i niezależność SN.

Po pierwsze, chodzi o skrócenie kadencji sędziów zapisem o zmianie wieku emerytalnego – tak nie można postępować, bo na mocy konstytucji sędziowie są nieusuwalni. Nie można przy pomocy ustawy zmieniać zapisu konstytucji.

Po drugie, chodzi o upoważnienie prezydenta do arbitralnego decydowania, który sędzia może jeszcze orzekać, a który już nie. To jest ewidentne poddanie sędziów presji politycznej i szantażowi, aby orzekali zgodnie z oczekiwaniami PiS-u.

Po trzecie, chodzi o skrócenie kadencji I Prezes SN, która określona jest w konstytucji. Te zmiany powodują, że polski wymiar sprawiedliwości traci zdolność do sprawiedliwego osądu, co narusza artykuł 19. Traktatu o Unii Europejskiej.

Komisja nie dała się nabrać na „uniki” premiera Morawieckiego i rządu?
Nie wiem, skąd biorą się takie naiwne wyobrażenia, że Komisja nie wie, co się u nas dzieje, co robi PiS, i że można wysłać „Białą księgę”, czyli 80 stron propagandowego bełkotu, a Bruksela to w dobrej wierze kupi. Tam przecież pracują poważni fachowcy, prawnicy, ludzie kompetentni i oni widzą te wszystkie sztuczki.

Mamy do czynienia z próbami robienia idiotów z przedstawicieli KE i innych państw. To typowa pisowska kombinacja bezczelności i ignorancji, która świadczy o tym, że władza nie ma pojęcia o tym, jak funkcjonuje świat.

Sprawa ma być rozpatrzona w trybie pilnym. Jest szansa na zawieszenie ustawy zanim PiS przejmie SN? Czy jest już za późno?
Kluczowy jest w tym momencie tzw. tymczasowy środek zapobiegawczy, czyli zawieszenie działania zaskarżonych zapisów ustawy po to, aby nie powodować nieodwracalnych szkód. Rozstrzygnięcie w trybie pilnym może zająć nawet kilka miesięcy, ale do orzeczenia środka zapobiegawczego może dojść bardzo szybko, nawet w ciągu jednego tygodnia.

Czyli Komisji też zależy na czasie?
Oczywiście. Komisja przecież zdaje sobie sprawę, że PiS chce dokonać pełnej wymiany składu sędziowskiego, a potem dopiero ewentualnie iść na jakąś ugodę. Tyle że wtedy będzie już „pozamiatane”. I Komisja, i Trybunał Sprawiedliwości UE zdają sobie z tego sprawę, dlatego liczę się z tym, że decyzja o zastosowaniu środka zapobiegawczego zostanie podjęta bardzo szybko.

To będzie taka sama procedura jak w przypadku Puszczy Białowieskiej. Wtedy rząd się do wyroku nie zastosował, więc Trybunał nałożył karę finansową.

Co się stanie, jak nie zastosuje się w tej sprawie? Członkowie rządu i PiS-u przekonują, że Trybunał nie ma prawa wydawać takich orzeczeń.
Bzdura. Polska ma obowiązek respektować orzeczenia TSUE. Podstawą prawną do ich wydania są zapisy traktatów, a w tej konkretnej sprawie art. 19 Traktatu o UE w połączeniu z Kartą Praw Podstawowych. Koniec, kropka. Jeżeli rząd polski znowu się nie zastosuje, czyli nie wstrzyma działania zapisów po wydaniu przez Trybunał decyzji o podjęciu środka zapobiegawczego, procedura będzie taka jak poprzednio. Kary nakładane będą za każdy dzień do momentu podjęcia ostatecznej decyzji.

Jak zachowa się rząd?
Wydaje mi się, że będą szli w zaparte, tak jak do tej pory. Dla PiS-u to jest znacznie ważniejsza sprawa niż Puszcza Białowieska. To jest bój o niezależność sądownictwa, który toczy się od półtora roku.

Gdyby rząd się cofnął, to straciłby twarz w obliczu swoich zwolenników, których do tej pory karmił propagandą, że ma prawo do dokonywania takich zmian, a Unia nie może dyktować, co mamy robić. Dlatego nie mogą się cofnąć.

Taki brak reakcji może oznaczać chęć wyprowadzenia Polski z UE?
Wszystko do tego zmierza, tylko Jarosław Kaczyński wie, że to musi zostać poprzedzone przygotowaniem opinii publicznej. W tej chwili nie może ogłosić, że Polska powinna wystąpić z UE, dlatego że poparcie dla członkostwa jest nadal duże. Dlatego proces krytykowania i zohydzania Unii w oczach obywateli trwa. Decyzja Komisji Europejskiej zostanie zresztą również do tego wykorzystana. Antyunijna propaganda będzie trwała, a jak rząd się zorientuje, że naród został „urobiony”, to wtedy ten temat pojawi się oficjalnie. Powtarzam, wszystko zmierza do tego, żebyśmy z Unii wyszli. Niektóre niecenzurowane wypowiedzi polityków obozu władzy jednoznacznie na to wskazują. To jest realne niebezpieczeństwo i oczywiście nie muszę mówić, że to byłaby dla naszego kraju katastrofa o historycznym znaczeniu.

Najbardziej frustrujące jest to, że sami sobie strzelilibyśmy w stopę, bez zewnętrznego nacisku, choć wiele wskazuje, że mamy do czynienia z aktywnym wsparciem Moskwy dla tego scenariusza.

Co w tej sprawie może zrobić opozycja, zarówno w kraju, jak i za granicą?
Opozycja musi głośno mówić, do czego zmierza ta władza. Nie tylko zabiera nam wolność i łamie zasady demokracji, ale na końcu tej drogi jest wyjście Polski z UE i izolacja na arenie międzynarodowej, czyli zastąpienie naszych sojuszy i współpracy z zachodem Europy, jakimiś zastępczymi i tymczasowymi układami, na przykład z Węgrami. Oznaczałoby to wepchnięcie nas ponownie w orbitę wpływów rosyjskich, a to byłoby dla Polski śmiertelnie niebezpieczne. Wszyscy politolodzy wiedzą i ostrzegają: albo Polska jest częścią Zachodu, albo jest wasalem Rosji, innej możliwości nie ma. O tym trzeba głośno mówić, a w trakcie kampanii samorządowej tłumaczyć, że to wiąże się z utratą pieniędzy europejskich.

Ale gra idzie o większą stawkę niż pieniądze – wyprowadzenie naszego kraju z UE jest instrumentem do zdobycia całości władzy w Polsce, zniewolenia instytucji demokratycznych, podporządkowania sobie sądów, mediów, policji, prokuratury i przywrócenia mniej lub bardziej ostrego autorytaryzmu. Celem Jarosława Kaczyńskiego jest zbudowanie totalitarnego państwa, podporządkowanego jednej osobie.

Ciężar rozmów z szefami państw UE musi wziąć na siebie opozycja? Po to Grzegorz Schetyna spotkał się w poniedziałek z Angelą Merkel?
Trzeba mówić naszym partnerom, że polityka PiS-u nie ma poparcia większości społeczeństwa i jest uzurpacją. Trzeba tłumaczyć, że to jest świadoma polityka polegająca na oddalaniu nas od Unii poprzez dezinformację i propagandę antyeuropejską. To nie wszystko, trzeba też przekonywać partnerów, żeby nie byli bierni, a to nie jest łatwe. Wielu polityków w krajach zachodnich daje do zrozumienia, że wyjście Polski i Węgier z Unii przyjęliby z ulgą, bo polityka prowadzona przez rządy obu państw osłabia Unię Europejską.

Coraz częściej słychać też opinie, że nie dojrzeliśmy do demokracji. Nasi partnerzy nie potrafią zrozumieć, że wybory wygrywa partia populistyczna, która łamie konstytucję, dokonuje zamachu na trójpodział władzy, i nadal cieszy się wysokim poparciem; że Polacy godzą się na ten pełzający zamach stanu.

Cały czas jednak chcą być w Unii. Jak to pogodzić?
Dlatego najpierw PiS musi to zmienić. Muszę pani powiedzieć, że widać już spadek poparcia dla Unii w ciągu ostatniego roku. Oznacza to, że PiS-owska propaganda działa. W końcu może dojść do tego, że z 80 proc. poparcia dla członkostwa Polski w UE spadniemy do 50 proc. W telewizji publicznej przekonuje się ludzi, że mamy do czynienia z dyktatem Brukseli, że Unia chce nam narzucić swoje prawa, że lewacka Europa dybie na nasze wartości… Prezydent opowiada brednie o „wyimaginowanej wspólnocie” i przyrównuje Unię do zaborów, a premier kłamie od świtu do nocy.

Ale udowodnić mu kłamstwo nie jest tak łatwo. Sąd Okręgowy w Warszawie postanowił oddalić wniosek, który w zeszły wtorek politycy PO złożyli przeciwko premierowi za tzw. kłamstwo drogowe. To może być działanie na zasadzie „lepiej nie narażać się władzy”?
To może być skutek „efektu mrożącego”. Niektórzy sędziowie mogą się bać. Przejęcie sądów powszechnych i ustanowienie nowej Izby Dyscyplinarnej dało PiS-owi narzędzia do karania nieposłusznych sędziów i nagradzania posłusznych.

W Polsce nie możemy już liczyć na sprawiedliwy proces i sprawiedliwe wyroki sądowe. Przecież w tym wypadku premier Mateusz Morawiecki, nawet jeżeli nie jest kandydatem w tych wyborach, to jest członkiem partii, która bierze w nich udział, jest twarzą kampanii PiS, a wszystkie jego wypowiedzi są osadzone w kontekście wyborczym. W tym kontekście nie rozumiem stanowiska sądu.

Sąd stwierdził, że słowa premiera wypowiedziane na spotkaniu wyborczym nie były agitacją polityczną. A czym mogły być?
Niczym innym.

Do ludzi naprawdę trafiają takie słowa jak te o „wyimaginowanej wspólnocie, z której niewiele wynika”? Przecież wystarczy się rozejrzeć…
To jest właśnie element propagandy antyunijnej.

Parę lat temu prezydent Andrzej Duda jeszcze takich głupot nie opowiadał. Teraz mówi o „wyimaginowanej wspólnocie” jeżdżąc po drogach, odwiedzając szpitale, uczelnie, szkoły wybudowane lub odnowione za pieniądze unijne. Ta propaganda ma zmienić naturalne nastawienie proeuropejskie na antyunijne i ułatwić decyzję o wyprowadzeniu Polski z UE. Jak szybko PiS-owi uda się zmienić to nastawienie? Zdąży przed wyborami parlamentarnymi? Mam nadzieję, że nie zdąży.

Ta propaganda wpływa na mniej zorientowanych. Dla większości chyba argumenty za członkostwem są tak oczywiste, że nie można im zaprzeczyć. Chodzi przede wszystkim o unijne pieniądze, ale także swobodę podróżowania czy dostęp naszych firm do jednolitego rynku. Mam nadzieję, że większość Polaków nie da się otumanić prymitywną PiS-owską propagandą, w której na wyścigi uczestniczą szef rządu i głowa państwa. Wstyd, że mamy prezydenta i premiera, którzy łamią konstytucję i angażują się w działania sprzeczne z polską racją stanu.

Andrzej Duda przybył w niedzielę do USA, by wziąć udział debacie generalnej 73. sesji Zgromadzenia ONZ oraz w posiedzeniu RB ONZ.

Duda spotkał się również z prezydentem Ukrainy Petrem Poroszenko oraz prezydentem USA Donaldem Trumpem, który wspominał niedawne spotkanie w Białym Domu, a podczas swojego przemówienia przed Radą Bezpieczeństwa wymienił Polskę jako jeden z czterech państw, które osiągają sukces i radykalnie zmieniają się, odrzucając globalizację. Prezydent USA nie zapomniał wspomnieć o grubych milionach, jakie Polska będzie płaciła za stałe bazy amerykańskie.

W swoim przemówieniu na forum Zgromadzenia ONZ Duda przedstawił „wizję pozytywnego multilateralizmu związanego z budowaniem realnej wspólnoty międzynarodowej opartej na suwerennej równości państw”. Zapowiedział też powrót Polski do udziału w misjach pokojowych oraz poparł deklarację o wzmocnieniu oddziałów pokojowych, zwiększeniu bezpieczeństwa żołnierzy i lepszego ich wyposażenia.

W panelu poświęconym misjom pokojowym, Donald Tusk przysiadł się do prezydenta, co zostało szybko wychwycone przez kamery i fotoreporterów.  Na nagraniu widać, że panowie dobrze się czuli w swoim towarzystwie. Rozmawiali, śmiali się, żartowali. Patrząc na nich, nikt by nie uwierzył, że na co dzień reprezentują oni zupełnie inne poglądy, inne wizje polityczne i do tej pory stosunki między nimi były mocno napięte.

Oczywiście, wszyscy są ciekawi, o czym rozmawiali, co ich tak rozbawiło. Tego się jednak nie dowiemy, bo jak zdradził PAP Krzysztof Szczerski, była to „rozmowa prywatna. Gdybym powiedział o czym była, stałaby się publiczną. Gdyby była to rozmowa publiczna jej przebieg i charakter byłby inny. Dopóki nikt nie upoważni nas do tego, żeby tę treść przekazywać, to utrzymamy nieformalny i prywatny charakter tej rozmowy”.

Jedno jest pewne. Obu panom było miło i przyjemnie. Nagranie z ich spotkania obiegło już internet wywołując spore zaskoczenie, bo chyba nikt nie mógł spodziewać się, że potrafią oni rozmawiać ze sobą na luzie, uśmiechać się i żartować. Ech, jakże byłoby dobrze, gdyby tego typu zachowania stały się polską normalnością, ale „jedna jaskółka wiosny nie czyni”, więc raczej nie możemy liczyć na powtórkę.

Waldemar Mystkowski pisze o Morawieckim.

Ten pewien stopień dla Wielkiej Brytanii skończył się Brexitem, dla Polski może skończyć się odpowiednio – Polexitem.

Ryszard Czarnecki swego czasu umówił się z dziennikarzem na „w pół do pierwszą”, a Mateuszowi Morawieckiemu do „półtorej roku” rządzenia brakuje jeszcze rok. Obydwaj są z podobnego rozdania, samoocenę mają zawyżoną, co w psychologii jest jednoznaczne, są to faceci z kompleksami. Tacy ludzie nie rozmawiają, nie dyskutują, bo swoje wiedzą. To przypomina mi dawną ustawę z Pensylwanii, która zabraniała plucia pod wiatr. Pół biedy, gdy ślina wracała na twarz plującego, ale kłopot brał się, gdy ślina lądowała na twarzy tego, z kim plujący dyskutował.

Morawiecki na dyskusję musi mieć pozwolenie prezesa. A Kaczyński mu nie pozwala, bo realizuje swój plan zaprowadzenia zamordyzmu. Premier Morawiecki jest tylko narzędziem w jego rękach, który mówi w wyznaczonych ramach.

Komisja Europejska pozwała władzę pisowską do Trybunału Sprawiedliwości UE. Morawiecki to nazywa „krokiem, który dialog do pewnego stopnia urywa”. Komisja Europejska – namiastka rządu unijnego – zaskarża prowincję o sprzeniewierzenie się wartościom, które obowiązują na całym terytorium, a Morawiecki twierdzi, że to urywa więzi – acz „do pewnego stopnia”.

Jeżeli więc prowincja nie podejmie dialogu, to znaczy nie wróci do stosowania norm, które wspólnotę spajają, to albo zostaje wykluczona ze wspólnoty wartości, albo dotyka ją „karna ekspedycja”, przymus. To ostanie nie jest możliwe, więc Morawiecki opowiedział się za wykluczeniem Polski z Unii Europejskiej – „do pewnego stopnia”.

Ten pewien stopień dla Wielkiej Brytanii skończył się Brexitem, dla Polski może skończyć się odpowiednio – Polexitem.

Mateusz Morawiecki, jak jego tatuś Kornel, wyznaje szemrane wartości – opisane w „Boboku” przez Fiodora Dostojewskiego, którego bohater na cmentarzu słyszał głosy zmarłych. Ojciec premiera nawet od tych zmarłych dostał dla swojej partii podpisy poparcia.

I takie wartości rodzinne wyznaje Mateusz Morawiecki. Pluje w imieniu prezesa, poniekąd też swoim, ale ta plwocina leci na wszystkich nas, Polaków, którzy nie podzielamy tych wartości pod wiatr demokracji. Z „półtorej roku” Morawieckiego zostało mu jeszcze rok – do wyborów parlamentarnych i niech on wówczas skończy na politycznym śmietniku jako Bobok.

>>>

Pedofile w sutannach pod ochroną PiS

Na początku roku 2018 minister sprawiedliwości i prokurator generalny Zbigniew Ziobro, ogłaszając uruchomienie Rejestru Sprawców Przestępstw na tle Seksualnym, z dumą obwieścił: „Prawo do ochrony naszych dzieci stawiamy ponad anonimowość przestępców”. A zastępca Ziobry, Patryk Jaki podkreślił w Nowy Rok: „Budzimy się w bezpieczniejszej Polsce (…). Realnie zmieniamy państwo”.

Co za cudowny komunikat, ucieszyli się nawet przeciwnicy „dobrej zmiany”.

Rejestr został „odpalony” tuż po północy w sylwestrową noc.  Nikt jednak nie przewidział, że nie będzie w nim nazwisk „bliskich sercu” władzy, tzn. księży.

Próżno tu szukać nazwiska księdza pedofila Wojciecha G. – misjonarza skazanego na siedem lat za molestowanie dzieci na Dominikanie. Nie ma też księdza Romana, który wielokrotnie zgwałcił 13-letnią dziewczynkę, a potem zmusił ją do aborcji, bo „nie chciał mieć bachora”.

Na pytanie, dlaczego tak jest, ministerstwo ma zawsze dobra odpowiedź. Najczęściej rżnie głupa i mówi: „że resort sprawiedliwości nie prowadzi statystyk, ilu pedofilów to księża, a ilu to dziennikarze czy lekarze – z punktu widzenia prawa nie ma bowiem rozróżnienia na pedofila i księdza pedofila.

Są też inne tłumaczenia. Na przykład, ksiądz Roman oraz inni skazani pedofile mieli szansę postarać się o wykreślenie z rejestru. „Każdy z tych sprawców, jeśli został skazany przed 1 października 2017 r., miał prawo wystąpić do sądu z wnioskiem o wyłączenie jego danych z rejestru publicznego” – wyjaśnił ekspert ministerstwa Jerzy Kubrak.

Brzmi jak zły sen! Ale najlepsze przed nami…

Otóż Adam Szłapka z Nowoczesnej, zniecierpliwiony faktem zamiatania pedofilii pod kościelny dywan, spytał na Twitterze:

  „Kogo chroni Patryk Jaki?”

No i w obronie wiceministra sprawiedliwości stanął Sebastian Kaleta, były rzecznik MS, obecnie zasiadający razem z Jakim w Komisji Weryfikacyjnej. „Księży, tak jak każdego innego obowiązują te same przepisy. Nikogo rejestr pedofilów nie chroni. Fakt, że nie znajdują się tam księża (w rejestrze jawnym) oznacza, że księża nie popełniali najbrutalniejszych przestępstw (tam się kwalifikują brutalne gwałty)” –wyjaśnił Kaleta.

Czyli ludzką mową znaczy, że do rejestru gwałcicieli nie trafia ten, kto gwałci delikatnie.

Dorabianie ideologii to specjalność pisowska ale trzeba przyznać, że niektórzy mają w tym kierunku wielki talent.

– Ostatni raz rozmawiałem z Tuskiem w czerwcu w Brukseli. Kiedy on tu przyjedzie, będziemy rozmawiać o przyszłości. Po trzech wyborach, jestem głęboko przekonany, że wygranych przez KO, będziemy rozmawiać o wyborach prezydenckich. W grudniu 2019 mogę powiedzieć: Donald, jest taka sprawa, bo są wybory prezydenckie. Wassermann przestraszyła się Tuska, bo czym innym to wytłumaczyć. Myślę, że zdała sobie sprawę, że tam nic nie ma, że ta komisja to jest wielki fejk. Skompromitowałaby ją ta rozmowa przed wyborami w Krakowie. To jest żałosne, tak powiem najdelikatniej – stwierdził Grzegorz Schetyna w rozmowie z Markiem Kacprzakiem w „Tłit” WP.

Kaczyński jest do wygnania, a nie do fotografowania

W Unii nie ma miejsca dla krajów, które biorą unijne pieniądze, ale odrzucają nasze wspólne wartości!

>>>

>>>

JUSTYNA KOĆ: Skąd pomysł na dokumentowanie protestów w obronie sądów, praworządności i demokracji w Polsce?

CHRIS NIEDENTHAL: Te fotografie (pokazywane na wystawie w Parlamencie Europejskim, o której pisaliśmy – red.) robiliśmy razem z Wojtkiem Kryńskim, odkąd PiS zaczął rządzić i robić to, co robi. Przez ostatnie 30 lat każdy z nas poszedł w innym kierunku, ale połączyło nas to, że zawsze pojawialiśmy się na demonstracjach, bo i on, i ja czujemy się odpowiedzialni za to, co złego dzieje się teraz w Polsce – oczywiście nie odpowiedzialni za to, co złe, ale żeby to właśnie dokumentować.

Wolałbym już nie musieć tego robić, ale gdy widzę, co dzieje się w moim kraju, i to, jak ludzie sprzeciwiają się niszczeniu tego, o co tyle czasu walczyli, muszę to dokumentować.

Pomysł na sama wystawę w PE był Wojtka, który uważał, że warto te zdjęcia pokazać, coś zrobić. W organizacji wystawy pomogła Róża Thun. Zresztą na początku nie wierzyłem, że to może się udać.

Czyli zdjęcia i wystawa to forma sprzeciwu przeciwko temu, co dzieje się w Polsce?
Myślę, że wpływ na to miało poczucie obowiązku. Przyjechałem do Polski jako młody człowiek w latach 70. i zacząłem fotografować to, co się wówczas działo, jak to wyglądało. Później kontynuowałem fotografowanie w klatach 80. i 90. Teraz poczułem również obowiązek dokumentowania tego, co się dzieje. Po prostu musiałem wyjść z protestującymi na ulice i fotografować. Nie spodziewałem się, że jeszcze będę musiał robić takie zdjęcia w Polsce. Robiliśmy je dla siebie, nikt nam za to nie płacił, miały być do prywatnego archiwum. Zresztą

myślę tak samo jak protestujący na ulicach; to, co robi PiS, jest złe i szkodliwe dla Polski, wielka szkoda, że tak się dzieje.

Gdy patrzy pan na to, co dzieje się w Polsce, to wspomnienia z PRL powracają?
Oczywiście, bo system, który wprowadza PiS, jest bardzo podobny do tamtego. Oczywiście w innych warunkach ekonomiczno-socjalnych i politycznych, ale system jest podobny. To jest wypisz, wymaluj ta sama formuła. Nawet to, że kilka dni temu na konwencji PiS mówiono, że Polska nigdy nie była jeszcze taka wolna i taka demokratyczna, to są te same słowa i frazy, których używali komuniści. Też chwalili, usprawiedliwiali, wmawiali, a rzeczywistość była inna. Teraz PiS robi to samo i nie rozumiem, dlaczego ludzie w to wierzą, na szczęście nie wszyscy. Tylko dlaczego PiS tak niszczy Polskę, tego nie rozumiem. Niszczy instytucje, które z tak wielkim trudem zbudowano; dlaczego neguje wszystko to, co zostało tak dzielnie i z trudem wywalczone w 89 roku. Ja

doskonale pamiętam, jak to wtedy wyglądało i nie mogę zrozumieć, dlaczego ten cały trud, który poszedł w to, żeby Polska była wolna, a co za tym poszło, także inne kraje socjalistyczne. Dlaczego to niszczyć, w czyim interesie to jest robione, bo na pewno nie naszym.

PiS mówi, że trzeba dekomunizować, że państwo nie działało, dlatego wprowadza „reformy”.
Ja nie mówię, że wszystko jest perfekt w Polsce, ale wszystko było na dobrej drodze. Zmienialiśmy się i to bardzo, i na pewno na lepsze. Najsmutniejsze jest chyba to, że cała nasza wiarygodność w Europie i na świecie została unicestwiona. Dojście PiS do władzy skasowało tę wiarygodność, którą przez tyle lat mozolnie budowaliśmy. Jeszcze parę lat temu byliśmy znaczącym krajem, którego się słucha. Dziś nic nie znaczymy.

Dla mnie, który fotografował to wszystko – oczywiście nie będę ukrywał, że patrzę na to emocjonalnie i wizualnie – w głowie się nie mieści, że ktoś chce zdemolować i zdemontować Polskę.

Te zdjęcia z protestów niosą też pewną nadzieję, dużo mówiono o tym podczas otwarcia wystawy, też pan tak uważa?
Na tych zdjęciach widać, że ludzie, którzy tam przychodzili, to młodzi, inteligentni, świadomi, fajni ludzie. Są gotowi wyjść na ulice, bo interesuje ich los kraju. Widać, że nawzajem podtrzymują się na duchu, starają się coś zrobić. Widać to tym wyraźniej w zestawieniu z miesięcznicami PiS-owskimi. Gdy ci ludzie szli Krakowskim Przedmieściem, widać było frustrację, zacietrzewienie, zupełnie inna energia niż na protestach. Nawet gdy wychodzą z Kościoła, który też gra ohydną rolę w tym wszystkim.

Robił pan też zdjęcia na miesięcznicy?
Zaledwie kilka, bo nigdy nie zostałem dopuszczony.

Czy Unia może pomóc Polsce przez to przejść? Powinna mocniej działać?
Moim zdaniem, skoro jesteśmy częścią Europy, to Unia może na coś wpłynąć, miejmy nadzieję.

Ci z rządu i z PiS uważają, że my także teraz w PE robimy złą robotę, że donosimy na Polskę, tylko zapominają, że to przez nich to robimy, to oni zmuszają nas do takich działań.

Zresztą Europa widzi, co się dzieje, politycy w PE, w Komisji doskonale wiedzą, co robi PiS, my jako ci, którzy się sprzeciwiają, mówią co uważają i co myślą; to wielki smutek i troska o los Polski.

Gdyby teraz miał pan zrobić jedno zdjęcie, symbol Polski, to co to by było?
Jest jedno zdjęcie, którego nie ma na wystawie w PE. Zrobiłem je przed Sejmem, było to już późną nocą, gdy dowiedzieliśmy się, że przez parlament przeszła nowelizacja o Sądzie Najwyższym. To był ten moment, kiedy wiadomo było, że to, o co walczyli manifestujący przed parlamentem czy na ulicach innych miast, przepadło. Wówczas zrobiłem zdjęcie, na którym widać ludzi trzymających kartony z literami układającymi się w napis Wolne Sądy. Stał tam też postawny mężczyzna, którego obejmowała dziewczyna. Widać na zdjęciu, że jest późna noc, ten chłopak na twarzy ma ogromny smutek, obejmująca go dziewczyna kładzie twarz na jego piersi, widać rozpacz na jej twarzy. Są tam ogromne emocje,i dla mnie to zdjęcie jest symbolem.

A gdyby miał pan zrobić zdjęcie Jarosławowi Kaczyńskiemu, to jak by pan go widział?
Nie chciałbym go fotografować i nigdy go nie fotografowałem. Lecha Kaczyńskiego może raz, w 89roku, jako nieznanego prawnika.

>>>

>>>

>>>

Wrogiem opozycji i Polski jest PiS. Nie walić w siebie, PiS należy znokautować i wydalić

Egoizm, bycie za wszelką cenę opozycją do liberalnej opozycji, sprzyjanie symetryzmowi, urazy, fochy, resentyment – to tylko niektóre symptomy tego zdumiewającego stanu, w który popada lewica.

Lewica popełnia historyczny błąd. Zamiast wznieść się na poziom patriotycznego obowiązku i przyłączyć do wspólnego frontu anty-PiS, a przynajmniej zjednoczyć się sama ze sobą, woli atakować pozostałą część opozycji i popadać w coraz większą śmieszność, elegancko zwaną pogubieniem.

Oczywiście cały ten wywód ma sens pod jednym warunkiem: uznania, że PiS przy pomocy gwałtu na konstytucji buduje w Polsce swoistą dyktaturę, przejmuje sądy, by zapewnić sobie nieograniczoną, odporną na jakikolwiek wynik wyborczy władzę, dąży do faktycznego Polexitu, o czym świadczy deklaracja Jarosława Gowina, że rząd może zignorować wyrok Trybunału Sprawiedliwości UE. Jeśli uznajemy, że takie są fakty, to obowiązkiem całej opozycji jest zatrzymanie tego szaleństwa przy pomocy wspólnego frontu demokratycznego.

Czy lewica potrafi liczyć?

Jeśli tak jest – a uważam, że tak właśnie jest – uznać wypada, że lewica nie dorosła mentalnie do sytuacji, z jaką mamy w Polsce do czynienia po przejęciu władzy przez PiS w 2015 roku. Egoizm, bycie opozycją do opozycji, granie w tę samą polityczną grę, w jaką grało się w czasach działającej demokracji i przestrzegania reguł, sprzyjanie symetryzmowi, urazy, fochy, resentyment – to tylko niektóre symptomy tego zdumiewającego stanu. Przyznam, że nie spodziewałem się tego po formacjach niosących na sztandarach wolność, równość i braterstwo, mających w swoim portfolio wprowadzenie Polski do Unii Europejskiej, a także wieloletnie umacnianie demokracji w naszym kraju.

Tymczasem zamiast szukać swojego elektoratu, który dziś jest niepewny, odzyskać ten socjalny, który zagospodarował PiS, przedstawić spójną koncepcję ideową, czyli zająć się własnym pogubieniem, lewica woli szukać wroga tam, gdzie go nie ma, i na nim się koncentrować, odbierając całej formacji demokratycznej szanse na skuteczne pokonanie PiS. Przedstawia przy tym absurdalny argument, że współpraca w ramach wspólnego frontu mogłaby ją pozbawić tożsamości programowej. Pytanie: kto i po co miałby ją tego pozbawiać? Otóż nikt i po nic, bo formacje nielewicowe nie potrzebują wchłaniać lewicowych, a jeden plus jeden równa się dwa, a nie jeden. Argument, że PO wchłonęła Nowoczesną upada, bo przecież obie te formacje były już kiedyś jednym, a przynajmniej bardzo podobnym.

Ględzenie o „polskim Macronie”

Zamiast szukać porozumienia lewica woli snuć opowieść o nieistniejącym duopolu, czyli rzekomym POPiS-ie, który trzeba rozbić, jakby ta polityczna fatamorgana mogła stać się alibi dla własnej nieporadności czy nieskuteczności. POPiS-ie? Przecież partie są silne poparciem wyborców, czy zatem gdyby to lewica miała je na odpowiednio wysokim poziomie, to byłby duopol LewoPiS? Jedyny duopol, jaki dziś istnieje, to pęknięta na pół Polska. Po jednej stronie demokracja, a po drugiej dyktatura. A więc zamiast pójść za własnymi deklaracjami, że PiS rzeczywiście wyprowadza Polskę z kręgu cywilizowanych państw europejskich, lewica woli podtrzymywać mit „polskiego Macrona” i „trzeciej drogi”, żeby dzięki tym mirażom odzyskać utraconą świetność i znaczenie.

To samobójcza strategia. Niemal wszystkie sondaże pokazują, że opozycja zjednoczona ma realne szanse na sukces, a niezjednoczona może liczyć na zwycięstwo jedynie w marzeniach sennych. Od długiego czasu widać także, że notowania lewicy znacząco nie rosną, a głoszone przez jej liderów treści nie uwodzą wyborców na tyle, by dogonić choć na odległość spojrzenia najmocniejszą partię opozycyjną. To jednak nie przeszkadza działaczom i publicystom lewicowym snuć bajęd o wyjątkowej roli lewicy w czasach podłej zmiany, a najbardziej ekstrawaganckich ideologów pchać do proponowania współpracy z Jarosławem Kaczyńskim.

Nawiasem mówiąc, po tekście Rafała Wosia – bo o nim mowa – pewien mój znajomy zaproponował freudowską interpretację tej propozycji: że w gruncie rzeczy „dobra zmiana” jest wypartym lewicy. Innymi słowy, prawda o tym, że lewica chciałaby być taka jak PiS, została wyparta do nieświadomości i powraca teraz jako koszmar w różnych symptomach, a jednym z nich jest właśnie tekst publicysty „Polityki”. Jestem jednak pewien, że wszyscy temu zaprzeczą, ale przecież intelektualna zabawa nie boli. Podobnie jest z koronnym argumentem przeciwników jednoczenia się, że po ewentualnych zwycięskich wyborach nastąpi po stronie opozycji bratobójcza wojna, bo nikt nie ma pomysłu na Polskę po PiS. To klasyczne mydlenie oczy, ponieważ doskonale wiadomo, jaka ta Polska ma być: demokratyczna, praworządna, proeuropejska, szanująca konstytucję, wolna, tolerancyjna. I doprawdy nie trzeba wielkiego wysiłku, by domniemana koalicja PO-SLD tego dokonała.

„Zamilcz, piesku Platformy!”

Partia Razem – choć to wyświechtany żarcik – woli być osobno i nie tylko nie zamierza przyłączać się do żadnego anty-PiS, ale nawet z SLD nie wyobraża sobie koalicji, bo przy okazji podtrzymuje wizerunek formacji antykomunistycznej, która zarzuca starszym kolegom wspieranie Kościoła, ukrywanie tajnych więzień CIA czy romans ze znienawidzonym liberalizmem. Buduje swoją wycenianą w sondażach na kilka procent potęgę atakowaniem elit i inteligencji, które rzekomo gardzą docenionym przez PiS prostym człowiekiem, a na próbę rozmowy o jednoczeniu się opozycji reaguje histerią, która – przynajmniej w mediach społecznościowych – przybiera formę przedziwnych arlekinad typu „nie będziemy poddanymi Schetyny”, „PiS i PO to jedno zło”, „zamilcz, piesku Platformy” itp. Trudno uznać ten styl za wyraz dojrzałości politycznej, choć zastanawiać może, dlaczego atakując Schetynę nie podaje się kontrpropozycji wodza. Publicyści różnych wyznań wskazywali kiedyś na Rafała Trzaskowskiego, ale odkąd pojawił się ponadprzeciętnie komplementowany Patryk Jaki, kandydat PO na prezydenta Warszawy także stał się „be” w labilnej optyce opiniotwórczych mediów.

Zresztą obsesja na punkcie PO udziela się także w SLD. Zaostrzający retorykę Włodzimierz Czarzasty deklaruje wprawdzie, że kierowana przez niego partia nigdy nie zawiąże koalicji z PiS-em, ale jednocześnie to z Platformy i Nowoczesnej uczynił obiekty namiętnej niechęci. W jego przypadku jednak chodzi o kalkulację polityczną: sądzi, że przy pomocy takich zabiegów utrzyma pozycję trzeciej siły, zatrzyma tradycyjny elektorat, zyska ten socjalny odpływający od PiS, wprowadzi do Sejmu grupę posłów i obejmie wygodną funkcję języczka u wagi. Niezły plan, jednak nie na nadzwyczajne czasy, kiedy barbarzyńca paraduje bezwstydnie z kijem bejsbolowym, niszczy ustrój państwa, a realizm magiczny staje się rzeczywistością. Postkomuniści byli zdolni do rozmowy z „Solidarnością” przy Okrągłym Stole, to była wspólna mądrość tamtego pokolenia, której spodziewałbym się także po politycznych następcach. Jak słusznie zauważył Jan Ordyński, wiceszef Towarzystwa Dziennikarskiego: „Niech SLD pójdzie po rozum do głowy. Każdy musi trochę ustąpić. To nie jest czas na własne ambicje, fochy, strojenie min. Trzeba ratować Polskę”.

Biedroń i zasada rzeczywistości

Swój pomysł na ratowanie Polski ma Robert Biedroń, kolejny lewicowy lider, ikona „trzeciej drogi”, w którym wielu widzi „polskiego Macrona”. Wprawdzie dotychczas nie wypowiedział się jednoznacznie, czy porzuci Słupsk i będzie się ubiegał o posadę w Parlamencie Europejskim, nie przedstawił propozycji programowych, nie pokazał struktur swojej nowej formacji, w zasadzie nie wiadomo nawet, czy reprezentuje lewicę, czy jakiś nurt prowolnościowy nowego typu, ale za to głośno się odgraża, że niczym szeryf wkroczy na pole walki i zrobi wreszcie porządek ze wszystkimi. To kolejny symptom, który nazwałbym szlachetnym odklejeniem od rzeczywistości. Biedroń od lat jest znaną postacią, przy boku Palikota udało mu się tchnąć w życie publiczne ducha tolerancji, jednak od wielkości do groteski tylko jeden krok. Za miesiąc wybory samorządowe, za rok parlamentarne, proponowanie dziś kolejnej formacji opozycyjnej może spowodować jedynie jeszcze większe rozdrobnienie po tej stronie sceny politycznej, odebranie głosów zarówno Koalicji Obywatelskiej, jak i pozostałym partiom lewicowym. Jeśli jednak słuszny jest postulat, by zjednoczyć całą lewicę i stworzyć drugi blok opozycyjny, to warto zapytać, czy Zandberg, Czarzasty i Biedroń będą w stanie się ze sobą dogadać. Obawiam się, że może to być trudniejsze niż rozmowa ze Schetyną.

Dziś lewica, jeśli chce coś znaczyć, ma dwa wyjścia: zjednoczyć się ze wszystkimi, którzy uważają, że przeciwnik jest jeden i należy go pokonać, by móc budować nową Polskę – albo zjednoczyć się sama ze sobą, przestać atakować opozycję i zwartym blokiem dołączyć do wspólnej próby odsunięcia PiS od władzy. Trzeciej drogi nie ma.

Komisja Europejska już niedługo może mieć potężne narzędzie do dyscyplinowania państw członkowskich, łamiących unijne zasady. Chodzi o tzw. mechanizm warunkowości. – Sądzę, że zostanie przyjęty – mówi w rozmowie z Gazeta.pl specjalizująca się w prawie europejskim prof. Justyna Łacny z Politechniki Warszawskiej.

GAZETA.PL, ŁUKASZ ROGOJSZ: W wywiadzie dla tygodnika „Do Rzeczy” wicepremier Jarosław Gowin zapowiedział, że polski rząd najpewniej nie będzie respektować wyroku Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej, o ile ten przychyli się do zawieszenia stosowania nowelizacji ustawy o Sądzie Najwyższym.

PROF. JUSTYNA ŁACNY: Oczywiście słyszałam o tej wypowiedzi pana wicepremiera. Nie jest to jednak ocena prawna, lecz polityczna, być może nawet publicystyczna. Począwszy od lat 60. XX wieku konstrukcja prawa UE i europejskiego wymiaru sprawiedliwości zasadza się na pierwszeństwie stosowania prawa unijnego nad prawem państw członkowskich w razie kolizji norm prawnych pochodzących z tych dwóch porządków.

Kluczowe w tym przypadku są zatem kwestie polityczne, a nie prawne?

Tu właśnie leży istota problemu, który jak się wydaje sprowadza się do deklaracji członka rządu, że państwo członkowskie może nie chcieć respektować orzecznictwa Trybunału. Taka sytuacja nie jest jednak zupełną nowością. Z przepisów UE można wnioskować, co może się stać, gdyby taki scenariusz miał się zrealizować.

To znaczy?

Polski Sąd Najwyższy wniósł do Trybunału pytania prejudycjalne (art. 267 TFUE), dotyczące m.in. wykładni unijnej dyrektywy antydyskryminacyjnej, stosowanej wobec sędziów SN, przenoszonych w stan spoczynku na mocy uchwalonej przez Prawo i Sprawiedliwość nowelizacji ustawy o SN.

Pytanie prejudycjalne umożliwia sądowi krajowemu, który ma wątpliwości co do ważności lub wykładni przepisu unijnego stosowanego w zawisłej przed nim sprawie, zwrócenie się do Trybunału o ich rozstrzygnięcie. Po wniesieniu takiego pytania prawnego, sąd krajowy czeka na odpowiedź Trybunału, a gdy zostaje ona wydana, wraca do sprawy i wydaje rozstrzygnięcie uwzględniające dostarczone wskazówki.

Załóżmy, że Trybunał udzieli wykładni, którą uwzględni Sąd Najwyższy w wyroku rozstrzygającym sprawę, lecz wykładni luksemburskiej nie będzie przestrzegał rząd. Wówczas możemy mieć do czynienia z sytuacją, w której Komisja, czyli strażnik przestrzegania unijnych traktatów (art. 17 TUE), będzie mogła postawić Polsce zarzut naruszenia prawa unijnego i wszcząć postępowanie o naruszenie prawa UE (art. 258 TFUE).

Taka sytuacja byłaby precedensem w historii UE?

Z taką sytuacją mamy do czynienia niezwykle rzadko. Nawet Viktor Orbán, gdy toczył podobne spory prawne z Brukselą, w analogicznej sytuacji, która również dotyczyła sędziów, zrobił krok w tył i uszanował wyrok Trybunału. Jeśli w naszym przypadku dojdzie do podobnej sytuacji, a my nie zastosujemy się do wyroku Trybunału, będziemy niechlubnym wyjątkiem, państwem uchylającym się od poszanowania orzecznictwa luksemburskiego.

Proszę mnie dobrze zrozumieć, przestrzeganie prawa i orzecznictwa TSUE to nie jest coś opcjonalnego, co możemy zrobić albo nie, w zależności od własnego widzimisię i treści wyroków. W Unii – jak każde państwo członkowskie – mamy swoje obowiązki i uprawnienia. Przestrzeganie i stosowanie powszechnie obowiązującego prawa UE jest naszym podstawowym obowiązkiem, fundamentem obecności Polski we UE, na który zgodziliśmy się 14 lat temu, przystępując do tej organizacji.

Co chwilę słyszymy o kolejnych bojach polskiego rządu z Komisją Europejską, Trybunałem czy europarlamentarzystami. Jak poważna jest obecna sytuacja?

Sytuacja jest bardzo poważna, bo nie zapominajmy, że wobec Polski toczy się również postępowanie z art. 7 Traktatu o Unii Europejskiej, dotyczące naruszenia praworządności. Komisja widzi podobieństwo problemów i można zakładać, że jest coraz bardziej poirytowana postawą Polski jako państwa członkowskiego, które ciągle kwestionuje konieczność wykonywania swoich obowiązków, wynikających z członkostwa w UE.

To sytuacja precedensowa, bo pamiętajmy, mówimy o słowach wicepremiera polskiego rządu. Mam nadzieję, że pan premier Morawiecki i pozostali członkowie jego gabinetu zdystansują się od tej wypowiedzi. Jestem też ciekawa, jak do tej sprawy odniesie się polskie MSZ, bo te słowa z pewnością nie przejdą niezauważone w Brukseli.

Załóżmy, że nakreślony przez wicepremiera Gowina scenariusz wchodzi w życie. Trybunał wydaje wyrok nie po myśli polskiego rządu, polski rząd go nie respektuje, wobec Polski zostaje wszczęte kolejne postępowanie przed Trybunałem, Polska je przegrywa i zostają na nią nałożone kary. Czy polski rząd może odmówić ich zapłaty?

Odpowiedź jest prosta: nie może. W przypadku, gdy ukarane państwo członkowskie odmawia zapłacenia nałożonych przez Trybunał kar finansowych, są one potrącane z puli środków, które takie państwo otrzymuje z Unii w ramach wspólnej polityki rolnej i polityki spójności.

Przecież polskie władze muszą o tym wiedzieć. Dlaczego zatem idą na otwartą wojnę z Brukselą?

Bo wspomniane kary nakładane przez Trybunał (art. 260 TFUE) nie są wcale najdotkliwszą z sankcji, które mogą spotkać Polskę. O wiele groźniejszy, z punktu widzenia niepokornego państwa członkowskiego, jest tzw. mechanizm warunkowości, nad którym w Unii trwają obecnie zaawansowane prace legislacyjne.

Dla Polski jest groźniejszy od sankcji finansowych nakładanych przez Trybunał, które Komisja Europejska może sobie w dodatku sama odbierać?

W mojej ocenie mechanizm ten może być znacznie dotkliwszy. Jest to nowy instrument prawny, zapewne tworzony na potrzebę takich państw członkowskich jak Polska. Umożliwia on Komisji Europejskiej wstrzymanie wypłaty środków z tytułu wspólnej polityki rolnej i polityki spójności, dopóki skonfliktowane z Brukselą państwo członkowskie nie rozwiąże u siebie problemów z praworządnością.

Nie chodzi w tym przypadku o kilkadziesiąt milionów euro kary, jak w przypadku kar nakładanych przez Trybunał, tylko całkowite zatrzymanie przepływu transferów finansowych z Brukseli. Nie muszę chyba mówić, co to może oznaczać dla tysięcy rolników czy realizacji inwestycji infrastrukturalnych, które są możliwe tylko dzięki dofinansowaniu z Unii.

Czyli wracamy do tematu powiązania funduszy unijnych z praworządnością, co wielokrotnie krytykowali przedstawiciele polskiego rządu. Jakie są szanse na wprowadzenie w życie tego mechanizmu?

Moim zdaniem bardzo duże. Powszechnie wiadomo, że procedura z art. 7. TUE, zwana w kręgach dyplomatycznych „opcją atomową”, jest uznawana za nieskuteczną, ponieważ wymaga jednomyślności. Wystarczy, że państwo członkowskie, przeciwko któremu toczy się postępowanie pozyska jednego sojusznika i cała procedura rozsypuje się jak domek z kart.

Mechanizm warunkowości będzie bardziej efektywny?

Niewątpliwie, chociażby dlatego, że do przyjęcia rozporządzenia, które go ustanowi, potrzebna jest większość kwalifikowana w Radzie Unii Europejskiej, a nie trudna do osiągnięcia jednomyślność. W lipcu 2018 roku projekt rozporządzenia ustanawiający ten mechanizm został pozytywnie zaopiniowany przez Europejski Trybunał Obrachunkowy. Sądzę, że mechanizm ten zostanie przyjęty.

Skąd to przekonanie? Nie tylko Polska przeciwko niemu protestowała.

Proszę na to spojrzeć z innej perspektywy. Komisja Europejska musi mieć narzędzia reakcji wobec państw członkowskich. Chodzi tu również o ochronę wiarygodności Komisji jako instytucji UE. Podobną optykę przyjmują państwa członkowskie, które wywiązują się ze swoich obowiązków traktatowych, obserwując państwa kwestionujące spoczywające na nich zobowiązania.

Jeśli scenariusz, o którym mówimy zmaterializuje się, jak mocno zmieni to sytuację prawną Polski w ramach Unii?

Zdziwię pana, gdyż z punktu widzenia prawa UE, wyjąwszy ewentualne ustanowienie mechanizmu warunkowości, niewiele się zmieni. Sprawy, o których teraz rozmawiamy, dzieją się w sferze pozaprawnej, politycznej. Nie zapominajmy jednak przy tym, że właśnie teraz toczą się negocjacje budżetowe, dotyczące perspektywy budżetowej 2021-2027.

Jeżeli faktycznie rząd zrobi to, co zapowiedział wicepremier Gowin i będzie ignorował dorobek prawny UE, to niewątpliwie może to wpłynąć na naszą pozycję negocjacyjną. A co się robi w negocjacjach z niepoważnym partnerem? Ignoruje, unika, a przede wszystkim nie słucha i nie uwzględnia jego interesów. Tak może wyglądać sytuacja, w której ktoś chce być członkiem klubu tylko dla płynących z niego korzyści, a gdy trzeba wypełniać zobowiązania – w najlepszym razie ociąga się.

Odkąd wypowiedź wicepremiera Gowina ujrzała światło dzienne, temat tzw. polexitu wrócił z siłą większą niż kiedykolwiek, bo wszystko układa się w logiczny ciąg przyczynowo-skutkowy.

Nie lekceważę zagrożenia polexitem, bo to bardzo poważny i niebezpieczny scenariusz, który właśnie zawisł nad nami. Tylko jestem niezmiernie ciekawa, co pomyślą i powiedzą Polacy, gdy okaże się, że mamy poważne i realne zagrożenie wyjściem z Unii Europejskiej. Nie jestem socjologiem, ale nie trzeba nim być, żeby stwierdzić, że nasi rodacy są zwolennikami członkostwa w Unii, bo na swoim własnym przykładzie i przykładzie swoich bliskich widzą realne i wynikające z tego korzyści. Wspomnijmy tylko swobody rynku wewnętrznego, dzięki którym możemy bez żadnych ograniczeń przemieszczać się po terenie wszystkich państw członkowskich, kupować zagraniczne towary, sprzedawać własne, przewozić je, podejmować prace, świadczyć usługi, korzystać z usług zagranicznych, uczyć się czy inwestować.

W ostatnich latach procent euroentuzjastów zaczął u nas powoli spadać.

Ma pan rację, ale proporcja wciąż jest na korzyść sympatyków Unii. Zresztą nie mówimy tu o euroentuzjazmie, ja też go nie wyznaję, tylko o rozsądnym podejściu do naszej przyszłości jako dobrze rozwijającego się państwa położonego w Europie Środkowej: czy chcemy być w klubie UE, czy też poza tym klubem. Nie bądźmy przy tym naiwni, że uda nam się w ramach tego klubu uzyskać specjalny status. A jeśli zdecydujemy, że chcemy być poza tym klubem unijnym, to co w zamian? Z kim i na jakich zasadach chcemy związać swoją przyszłość? Wokół jakich wartości? Za jaką cenę? Jak w tym układzie będzie wyglądała nasza gospodarka? Będziemy samotną wyspą czy stawiamy na współpracę regionalną? Łatwo się obrazić i niczym rozkapryszone dziecko zabrać wiaderko, łopatkę i zagrozić opuszczeniem piaskownicy. Pytanie tylko: co dalej? Ja obecnie odpowiedzi na to pytanie nie znam. Nie widzę też w kręgach rządowych pogłębionej refleksji na ten temat.

* dr hab. Justyna Łacny, prof. PW – profesor nadzwyczajny na Wydziale Administracji i Nauk Społecznych Politechniki Warszawskiej; autorka publikacji z zakresu prawa instytucjonalnego i gospodarczego Unii Europejskiej

Wielu sądzi, że Kościół zamiast zająć się sprawami pomocy potrzebującym, nadmierną wagę przywiązuje do spraw seksu czy aborcji. Taki niestety będzie obraz Kościoła, dopóki moralizatorstwo i chęć wpływania na ustawy, a więc codzienne życie społeczne, nie ustąpią przed rozliczeniem się z własnych nadużyć.

Trwają przygotowania do chrztu. W niewielkiej salce przy kościele w środku Warszawy młody, wykształcony ksiądz pyta rodziców i przyszłych rodziców chrzestnych: – Co powinna zrobić żona w sytuacji, w której mąż zapomniał, że umówili się pojechać wieczorem do sklepu po meble, a zamiast tego poszedł na imieniny do kolegi, upił się i po powrocie do domu domagał się seksu?

Nagle powietrze robi się gęste, wszyscy milczą zaskoczeni pytaniem. Ciszę przerywa pewny siebie ksiądz: – Kobieta nie może się obrażać, strzelać focha. Ma się oddać mężowi i koniec! – wykrzykuje. Niestety, nikt z obecnych się nie odzywa, ale ksiądz najwyraźniej czuje się jak ryba w wodzie i powodów do zaprotestowania przeciwko jego słowotokowi jeszcze przybywa. Kolega szepcze mi tylko do ucha: – Czy on nie wie, na czym polega gwałt?

Inny obrazek:. Do grupy znajomych – kilkunastolatków przesiadujących popołudniami na ławeczkach warszawskiego osiedla – przysiada się ksiądz, brat-łata, rozmawia o życiu, przełamuje bariery, wczuwa się, zwłaszcza w sprawy tych, którym z różnych powodów jakoś trudniej. Zaprasza do Kościoła. Podczas mszy nawiązuje kontakt wzrokowy, a nawet palcem wskazującym zaprasza do zakrystii, potem – do swojego mieszkania.

Po pewnym czasie, nagle ksiądz znika z parafii. Dowiaduję się, dlaczego: został przeniesiony przez zwierzchników gdzie indziej. Okazało się, że jego pasją było seksualne życie chłopców. Podczas długich pogawędek na plebanii albo przez telefon wypytywał o ich pragnienia, doświadczenia, filmy porno, masturbację; zachęcał do spowiedzi w wygodnym fotelu. Potrafił – niby po przyjacielsku – dotknąć ręki, uda. Wszystko się skończyło, gdy pewnego dnia przypadkiem zdemaskowała go matka jednego z chłopców i natychmiast zrobiła raban proboszczowi.

Księdza przeniesiono do innej parafii. To część schematu postępowania w podobnych przypadkach – stała praktyka ukrywania skłonności „problemowych” księży. Czasem nieudolna: dwóch moich przyjaciół pochodzących z różnych miejscowości spotkało w szkole tego samego księdza pedofila. Wszyscy wiedzą, dlaczego zmienił miejsce zamieszkania i pracy.

Trzeci i ostatni przykład. Księdzu, który chodzi po kolędzie, otwierają drzwi trzydziestoletni narzeczeni. Gość od progu jest wyraźnie oburzony. Przez całą wizytę tłumaczy narzeczonym, którzy niebawem się pobiorą w Kościele, że w gruncie rzeczy – skoro mieszkają razem, a zatem grzeszą – to już są w piekle i nawet dzieci nie odkupią ich win. Narzeczeni są w szoku. Nie wiedzą, jak postępować z młodszym od siebie, zasadniczym i kategorycznym księdzem. Po roku, dwóch nadal trudno im uwierzyć w to, co usłyszeli, i pogodzić się z tym, że sami mocno nie zaprotestowali. Przecież prawo kanoniczne mówi jasno, czym są duszpasterskie wizyty – ksiądz powinien „uczestniczyć w troskach wiernych, zwłaszcza niepokojach i smutku”, „umacniać ich w Panu, jak również – jeśli w czymś niedomagają – roztropnie ich korygować”. Nie gromić i straszyć wiecznym potępieniem…

Piszę o tym wszystkim, czytając kolejne informacje o skandalach seksualnych w Kościele: niedawno wyszło na jaw tuszowanie molestowania przez biskupów z Chile; potem poznaliśmy raport o przez ostatnie 70 lat; za sprawą wizyty papieża Franciszka w Irlandii odżyły wspomnienia o winach Kościoła w tym kraju. Słowa Benedykta XVI, który mówił, że „Kościół nie jest wspólnotą doskonałych, lecz grzeszników, którzy powinni uznać, że potrzebują miłości Boga, że potrzebują bycia oczyszczonymi przez krzyż Jezusa Chrystusa” brzmią dziś szczególnie mocno. Bo w tym  – także naszym, Polskim – Kościele katolickim w codziennych sytuacjach oprócz prawdziwych duszpasterzy spotykamy ludzi niedojrzałych, nieprzygotowanych do pełnionej roli, a nawet przestępców, którzy mogą skrzywdzić nasze dzieci.

Nawet rozprawienie się z problemem  (którego jeszcze nawet nie zaczęliśmy) nie zmieni faktu, że w sprawach seksualności i Kościoła skandal goni skandal: gdy słyszymy lekcje o seksie małżeńskim w przykościelnej salce, gdy spotykamy księdza pedofila na ławeczce w parku czy wtedy, gdy we własnym domu gościmy pozbawionego empatii moralizatora w sutannie. Ktoś przecież tych ludzi wykształcił, zakonserwował w niedojrzałości, poczuciu władzy, przyzwolenia na seksualną przemoc i bezkarności, a potem wyświęcił. Nawet papież określa problem jako systemowy, a więc tak samo jak kilkanaście lat temu dziennikarze „Boston Globe”.

Niedawno zmarła Olga Krzyżanowska mówiła o Kościele, że „zamiast zająć się sprawami pomocy potrzebującym, nadmierną wagę przywiązuje do spraw seksu czy aborcji. To niepoważne”. Taki niestety będzie obraz Kościoła, dopóki moralizatorstwo i chęć wpływania na ustawy, a więc codzienne życie społeczne, nie ustąpią przed rozliczeniem się z własnych nadużyć.

>>>

Sytuacja Polski jest poważna, a gdy PiS zignoruje wyrok Trybunału Sprawiedliwości UE będzie tragiczna, a w dłuższej perspektywie śmiertelna dla Polski.

Earl drzewołaz

Zbliża się rocznica podpisania Porozumień Sierpniowych. W Gdańsku „Solidarność” przygotowuje uroczyste obchody tego dnia, a udział w nich weźmie również Mateusz Morawiecki. Przy tej okazji postanowiono zorganizować konferencję, na której zostaną omówione działania, związane z rozwojem Stoczni Gdańsk, która została wykupiona z rąk Taruta przez państwową Agencję Rozwoju Przemysłu.

Przypomnijmy, że sprywatyzowanie stoczni uratowało ją przed likwidacją, związaną z przyjmowaniem niedozwolonej pomocy publicznej. Sprawą zajmował się wówczas Andrzej Jaworski z PiS, który był pełnomocnikiem prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Przejęcie stoczni przez Tauruta nie zakończyło jednak problemów. Spółka znalazła się na skraju bankructwa, ponosiła wielomilionowe straty, a z trzytysięcznej załogi pozostało raptem sto osób.

Jedynym ratunkiem było jej wykupienie. Przy aktywnej pomocy zakładowej „Solidarności”, stocznia wróciła w polskie ręce. Koszt jej wykupu objęty jest tajemnicą.

Wydaje się, że na chwilę obecną nie ma pomysłu na stocznię. Wprawdzie, jak mówił „Wyborczej” Roman Gałęzewski, przewodniczący stoczniowej „Solidarności” „Pojawia się perspektywa rozwoju. Pomysł na…

View original post 1 207 słów więcej

PiS widelcem wydłubuje demokrację w Polsce

Kampania wyborcza do samorządów nabrała już rozpędu. Na razie najbardziej spektakularne pojedynki obserwujemy w stolicy, w wykonaniu pretendentów do fotela prezydenta Warszawy Rafała Trzaskowskiego z Platformy i Patryka Jakiego ze Zjednoczonej Prawicy.

Tę rywalizację skomentował w portalu wPolityce.pl były człowiek Antoniego Macierewicza, jego zastępca w MON – Bartosz Kownacki. Ten sam, który swego czasu z dumą przekonywał, że Francuzi uczyli się od nas jeść widelcem.

Na podstawie dotychczasowych kampanijnych zmagań Kownacki jest przekonany, że wygrana jest po stronie opolanina. Zadziwiająca jest argumentacja Kownackiego, który uznał, że za porażką Rafała Trzaskowskiego może stać… niedostatek elit w stolicy!

„Bez wątpienia Patryk Jaki pokazał, że ma klasę, determinację i jest dzisiaj najbardziej aktywnym kandydatem w Warszawie. Rafał Trzaskowski okazał się być kandydatem elit, których wbrew pozorom w Warszawie tak wiele nie ma. Tutaj mieszkają normalni warszawiacy, od pokoleń lub przyjezdni, zwykli mieszkańcy. I oni nie identyfikują się z tą elitarnością pana Trzaskowskiego” – powiedział Bartosz Kownacki.

Co przez to chciał wyrazić Kownacki, mało kto wie. Pewne jest natomiast, że część mieszkańców Warszawy ma prawo poczuć się obrażona!

Co to bowiem znaczy, że „normalni” warszawiacy nie identyfikują się z elitarnością kandydata PO. Czyżby popieranie Rafała Trzaskowskiego wiązało się z „nienormalnością”? Jest też pytanie co to za „element”, który popiera kandydata Zjednoczonej Prawicy?

Do sprawy odniósł się Rafał Trzaskowski: „Normalni-nienormalni, lepszy-gorszy sort, Zomo-AK. To szkoła dzielenia ludzi J.Kaczyńskiego. Wybory w Warszawie są właśnie o tym, by nie pozwolić, by nas dzielili na lepszych i gorszych, obrażali, jeśli się z nimi nie zgadzamy. Nie ma na to mojej zgody, bo Warszawa jest jedna!” – napisał na Twitterze kandydat Platformy.

„Hola, mości Kownacki, kto to są ci normalni warszawiacy? – zapytał internauta i dodał poirytowany: „Zastanawiam czy za te słowa, które powiedziałeś pod adresem społeczności warszawskiej nazwanie ciebie Kownacki, pętakiem byłoby nadużyciem, komplementem, czy stwierdzeniem faktu”.

Ohydne. PiS kradnie demokrację jak złodziej, byle szybciej, szybciej, byle się udało, byle zdążyć, zanim złodzieja przyłapią.

Rządzi nami zorganizowana grupa przestępcza, która nie zawaha się przed niczym. Połączenie z KK jeszcze ją wzmacnia. Nie straszę PiSem. On taki jest.

Earl drzewołaz

Szalenie aktualne niestety.

Wiele działań podejmowanych przez Prawo i Sprawiedliwość wydaje się chybionych – choćby te dotyczące gigantycznych zarobków działaczy partii ulokowanych w spółkach Skarbu Państwa – ale to przemyślana strategia. Chodzi o zbudowanie własnej elity, która zastąpi dotychczasową i zapewni prawicy rządy na długie lata – pisze Piotr Gajdziński w tekście, który pierwotnie ukazał się w miesięczniku „Odra” (nr 7-8/2018)

Na początku kwietnia br. Jarosław Kaczyński ogłosił decyzję Komitetu Politycznego PiS o zwrocie nagród przez ministrów rządów Beaty Szydło i Mateusza Morawieckiego oraz o obcięciu pensji parlamentarzystów i samorządowców. Oczywiście w praktyce – jak zawsze w najważniejszych sprawach – podjął tę decyzję sam. „Będzie w tej chwili dużo, dużo skromniej niż było dotychczas” – zapowiedział.

Decyzja Kaczyńskiego spotkała się z entuzjastycznym przyjęciem – w sondażu przeprowadzonym dla TVN24 przez Kantar Millward Brown przyklasnęło jej 69 procent respondentów, przeciw było zaledwie 25 procent. Ale ten wynik z pewnością wierchuszki partii…

View original post 4 566 słów więcej

Dla PiS jesteśmy złodziejami, zdrajcami, komunistami, szmatami, mordercami, świrami, hołotą

Zbigniew Hołdys i internauci o języku partii PiS wobec swoich przeciwników politycznych.

Sędzia Waldemar Żurek, rzecznik byłej KRS, podczas rozmowy na antenie Radia TOK FM powiedział, że I prezes powinna użyć wszelkich możliwych metod w obronie Sądu Najwyższego.

Według Żurka przyśpieszenie prac nad wyłonieniem kandydatów na sędziów SN jest ostatnim dzwonkiem przed przejęciem instytucji przez uzurpatorów. „Nie chodzi o to, aby pani prezes wynajmowała prywatnych ochroniarzy uzbrojonych w broń palną, ale żeby wykorzystała wszystkie metody niepozwalające na przejęcie instytucji Sądu Najwyższego, na przejęcie dokumentacji, pieczęci, budynku.” – mówił na antenie gość TOK FM.

Na pytanie prowadzącej audycję o to czy ma na myśli fizyczny opór i czy oczekuje od I prezes strajku okupacyjnego, sędzia Żurek podkreślił, że prof. Gersdorf „wykonuje swoje obowiązki w budynku i gabinecie, który jej się konstytucyjnie należy. Nie można okupować gabinetu, co do którego ma się pełnię praw, ale symboliczne przykucie oznaczałoby nieopuszczenie budynku.

W opinii Żurka sądy i sędziowie mają obowiązek stać na straży praworządności i Konstytucji zgodnie z regułami państwa demokratycznego, „ale kiedy kończy się demokracja, pojawia się pytanie, co mamy zrobić. Czy mamy po prostu odejść spokojnie, spuścić głowę, i czekać, kiedy za chwilę zostanie jakiś obóz filtracyjny ustanowiony dla reedukacji niepoprawnych sędziów?” – uzasadnia swój apel rzecznik byłej KRS.

Rób, co chcesz: śmieć, przyłóż żonie, klnij i chlej, bylebyś przyszedł, zapełnił kościół, wyspowiadał się, ochrzcił dzieci. To Kościół zdeformował Polskę. 

NATALIA WALOCH: A może chodzi o seks? Może to ciśnienie na zaostrzenie prawa aborcyjnego to emanacja strachu przed wyzwolonymi kobietami?

JAN SOWA: Też o seks. Kontrola nad prokreacją to podstawowy wymiar autonomii życiowej. Tym, którzy jej kobietom odmawiają, chodzi o coś więcej niż tylko o seks.

W światowej populistycznej rewolcie wszędzie widzimy istotny komponent buntu przeciw wyzwoleniu kobiet. Mizoginia Trumpa, ofensywa antyaborcyjna w Polsce i Państwo Islamskie na Bliskim Wschodzie są częścią podobnej radykalizacji.

Patriarchat nie reguluje tylko tego, co prywatnie dzieje się między kobietą i mężczyzną. To sposób organizacji społeczeństwa. Kontrola nad ciałami kobiet jest powiązana z odziedziczonymi hierarchiami, tożsamościami i wartościami. Jeśli z tej układanki wyjmie się jeden element, wszystko się sypie.

To rozsypywanie się jest nie do zatrzymania. Ruchom konserwatywnym nie udaje się odwrócić tego trendu. Widzimy kolejne bastiony, które padają, choćby ostatnio w Irlandii.

Prof. Bartłomiej Dobroczyński napisał w eseju „Eros nie mieszka w Polsce”, że na Erosa – pojmowanego jako radosna seksualność, ale też jako beztroska i zabawa – Polacy zawsze patrzyli podejrzliwie jako na tego, który odciągnie ich uwagę od walki o ojczyznę.

– Przeszliśmy inną drogę niż społeczeństwa zachodnie. W naszej historii pełno było cierpienia i przemocy. To musiało się zapisać w kulturze, a może głębiej, jeśli rację mają epigenetycy, że nabytą skłonność do odczuwania lęku przekazuje się biologicznie między pokoleniami. Ale inne są też struktura społeczna, rozkład sił postępowych i konserwatywnych.

Polska nie ma pomysłu na siebie. Mamy półperyferyjną gospodarkę, więc z jednej strony większy wyzysk niż w krajach bogatych, z drugiej – takie same wyzwania: wielokulturowość, małą innowacyjność, presję na konkurencyjność itp. I mniejsze zasoby. To rodzi frustrację, na którą odpowiadamy, sięgając do wzorców odziedziczonych po przodkach. Jednak Sarmaci nam nie podpowiedzą, jak powinna działać gospodarka wiedzy. Jesteśmy uwięzieni w inercji historycznych sposobów reagowania. Na ogół to szabelka, husaria, „żołnierze wyklęci”. Wszystkie bardzo męskie mity.

>>>

Donald Tusk i internauci zareagowali na informację o pogarszającym się stanie zdrowia amerykańskiego senatora Johna McCaina.

>>>

„To dzięki senatorowi Johnowi McCain trwa nasza wiara w ideały i wartości republikańskie. Drogi Senatorze, Europa jest dziś z tobą”

Niesamowite pożegnania z senatorem Johnem McCainem. Ludzie, także z drugiej strony polityki, budują Mu żywy pomnik.

>>>

Polacy uczciwie płacący podatki składają się na #500plus, a w zamian są nazywani przez PiS złodziejami. PiS traktuje Polaków jako gorszy sort. A sami wzięli miliony #PiSWziąłMiliony

Earl drzewołaz

>>>

Kancelaria Andrzeja Dudy zainwestuje 478 tys. zł w budowę 100-metrowego mola na terenie rezydencji prezydenckiej na Helu. Internauci szydzą: „Niech wybudują aż do Szwecji”.

Zdaniem internautów nie ma co się specjalnie wymądrzać bo, „Skoro dla Kaczyńskiego buduje się pałac na wodzie w Puszczy Noteckiej to prezydentowi należy się remont Juraty”. Z „troską” pytają: „Co zatem należy się premierowi i jego ministrom?

O inwestycji w szczegółach poinformował „Super Express”:
Przestrzeń ma być wykorzystywana głównie jako miejsce popołudniowych spacerów, dziennego leżakowania i wypoczynku nadwodnego. (…) Przewiduje się odtworzenie przystanki dla łódek i sprzętu wodnego w części głowicowej molo” – poinformowali redakcję dziennika urzędnicy prezydenta.

Według administracji Andrzeja Dudy, remont – a w zasadzie rozbiórka i budowa…

View original post 548 słów więcej

PiS jest największym oszustwem w polskiej polityce. Kradnie z kasy wspólnej dla swoich darmozjadów i dla Rydzyka

Na interesy ojca Rydzyka płacimy wszyscy. Kiedy PiS mówi, że dał dzieciom, tak naprawdę ma na myśli ojca

Księża w Pensylwanii kazali swoim ofiarom, dzieciom, nosić na szyjach duże złote krzyże – znak rozpoznawczy. Każdy pedofil związany z gangiem mógł ich dostrzec z daleka

Pittsburgh, Pensylwania, początek lat 70.

George miał nie więcej niż 13 lat, kiedy młody ksiądz z parafii, w której służył do mszy jako ministrant, zaprosił go na wycieczkę. Pojechali do Munhall, mieściny oddalonej o pół godziny drogi od Pittsburgha. Tam, na plebanii, George poznał dwóch innych księży. Rozmawiali o Jezusie. Potem księża poprosili, żeby George zdjął koszulę i położył się na łóżku w pozie ukrzyżowanego. Gdy to zrobił, zaczęli pstrykać mu zdjęcia polaroidem, a później kazali zdjąć spodnie i majtki. Cały czas chichotali i mówili coś do siebie szeptem.

Gwałt i strach

Dalsza relacja George’a pełna jest obscenicznych detali opisujących trwające przez kilka lat gwałty oralne i analne albo tortury z użyciem pejczy. George wraz z wieloma innymi chłopcami padł ofiarą kościelnej szajki pedofilów działającej w Pittsburghu i okolicach. Księża nie tylko gwałcili chłopców, ale też produkowali pornografię z ich udziałem, którą dystrybuowali w środowisku pedofilów. Ofiarom kazali na co dzień nosić na szyjach duże złote krzyże – jako znak rozpoznawczy. Każdy pedofil związany z gangiem mógł je dostrzec z daleka.

George opowiada o traumie, która zaważyła na całym jego życiu. O depresji, strachu i próbach samobójczych. Jego przypadek jest jednym z setek opisanych w raporcie na temat zbrodni dokonywanej przez dziesiątki lat w sześciu diecezjach Pensylwanii.

>>>

Poproszę PiS @pisorgpl o nazwiska tych złodziei, co to im „zabrał”. Przy okazji: w państwie prawa partia polityczna nie może zabrać nikomu pieniędzy. Konfiskatę w niewielu określonych prawem przypadkach orzeka sąd.

Earl drzewołaz

Ksiądz z Wielączy w województwie lubelskim nagrywał małoletnie dziewczynki w toaletach i przymierzalniach. Wpadł na wakacjach w Chorwacji. Swoje postępowanie duchowny tłumaczył stresem związanym z ciężką pracą.

Sprawę Łukasza P., księdza z Wielączy, który nagrywał z ukrycia nieletnie, opisał „Dziennik Wschodni„. Były już wikary trafił w ręce służb podczas wakacji w Chorwacji w ubiegłym roku. Tam z ukrycia nagrywał nagą dziewczynkę w przymierzalni.

Ksiądz z Wielączy nagrywał nieletnie. Liczba pokrzywdzonych wzrośnie

– W trakcie przeszukania mieszkania wikarego na plebanii znaleziono kilka miniaturowych kamer oraz komputery i dyski, na których znajdowało się siedem filmów i ponad 250 zdjęć o charakterze pornograficznym z osobami niepełnoletnimi – powiedział „Dziennikowi Wschodniemu” rzecznik prasowy zamojskiej Prokuratury Okręgowej.

Łukaszowi P. postawiono zarzut posiadania pornografii z udziałem nieletnich. Ksiądz przyznał się do winy. Zaskakujące jest jego tłumaczenie. Jak podaje lokalny dziennik duchowny stwierdził, że „podglądanie pomaga mu na stres związany z ciężką pracą”.

Prokuratura ustaliła już…

View original post 3 160 słów więcej

Kościół katolicki jako organizacja przestępcza, a TVP jako gadzinówka

Amerykańska telewizja NBC na swojej antenie odniosła się do raportu ws. pedofilii w Kościele katolickim w Stanach Zjednoczonych.

Trzeba naprawdę być wyrachowanym i zakłamanym, by w swojej narracji posunąć się tak daleko jak to robi TVPIS. W czwartkowej edycji flagowego programu Zjednoczonej Prawicy „Wiadomości”, znalazł się passus, którego określenie słowem kłamstwo czy propaganda, nie wchodzi w ogóle w grę. Jest to szczyt bezpardonowej manipulacji, podłość i niegodziwość, a przede wszystkim mega żenada, pokazująca skalę nieprofesjonalizmu i upadku sztuki dziennikarskiej.

Swoją prawdziwą twarz telewizja Jacka Kurskiego pokazała tym razem z okazji 79. rocznicy podpisania paktu Ribbentrop-Mołotow, na mocy którego III Rzesza i ZSSR dogadały się w 1939 roku co do podziału wpływów i wspólnej agresji na Polskę. Wiadomości TVP postanowiły na tę okoliczność zrobić przebitkę z wykładu prof. Gersdorf w Niemczech, stawiając ją de facto na równi z nazistami!

Wykorzystanie tak ważnej i smutnej dla naszego kraju daty do ataku na przeciwników, poprzez porównanie z najgorszym wrogiem, z jakim Polska miała kiedykolwiek do czynienia, jest po prostu skandalem, z którego ktoś powinien wyciągnąć kiedyś konsekwencje – komentują ten fakt dziennikarze.

„Przez takie materiały doprowadzicie w Polsce do rozlewu krwi. Okropne!” – napisał na Tweetterze dziennikarz Janusz Schwertner.

Lata będziemy odbudowywali zaufanie inwestorów zagranicznych, lata będziemy odbudowywali stabilność polskiego porządku prawnego, lata będziemy odbudowywali pozycję Polski w Unii Europejskiej. #SN #KRS #TSUE

Earl drzewołaz

W niedzielę na murach warszawskich kościołów zawisną dziecięce buciki. W ten sposób zostaną upamiętnione ofiary księży pedofilów. Do akcji mogą włączać się inne miasta.

„Baby Shoes Remember” to akcja, która narodziła się w Irlandii. Wieszanie dziecięcych bucików na murach kościołów i kuriach ma przypominać o ofiarach księży pedofilów.

Chodzi w niej również o to, żeby duchowni musieli sami ściągnąć buciki z murów. Dlaczego? – To będzie symboliczne ukrywanie przemocy wobec dzieci w Kościele. Zdejmujący mają poczuć się osamotnieni. Mottem akcji jest: „Kiedy ci, którzy domagają się sprawiedliwości, łączą się, to ci, którzy chcą zaprzeczać, stają się wyizolowaną mniejszością” – mówi TOK FM jedna z organizatorek akcji w Polsce Nina SankarI z Fundacji im. Kazimierza Łyszczyńskiego.

USA. Pensylwania ujawnia gwałcicieli w sutannach. Na karę jest za późno

W Polsce o włączenie się do inicjatywy została poproszona broniąca ofiar pedofilii w polskim Kościele Fundacja „Nie lękajcie się”. Akcja jest organizowana…

View original post 1 636 słów więcej

Błaszczak, wracaj do kuwety

Szef resortu obrony Mariusz Błaszczak napytał sobie biedy skandaliczną wypowiedzią na temat niedawnego marszu równości w Poznaniu. W programie „Rozmowy niedokończone” w Telewizji Trwam ocenił, że „W Poznaniu mieliśmy teraz do czynienia z takim zdarzeniem, że (odbyła się – red.) kolejna parada sodomitów, którzy próbują narzucić swoją interpretację praw i obowiązków obywatelskich na innych”. Chwalił też motorniczych poznańskich tramwajów, za to że nie chcieli, aby ich pojazdy jeździły z „flagami homoseksualistów”.

Bulwersująca wypowiedź, odbiła się szerokim echem w całej Polsce i minister może słono za nią zapłacić. Jak wynika z sondażu SW Research dla serwisu rp.pl. ponad połowa Polaków uważa, że w związku z tym Błaszczak powinien odejść ze stanowiska.

Głos w sprawie zabrał również Rzecznik Praw Obywatelskich:

„Brak stanowczej reakcji ze strony aktorów życia publicznego na wypowiedzi podobne do słów ministra Błaszczaka może być odbierany jako milcząca akceptacja dla przejawów dyskryminacji i legitymizacja mowy nienawiści przeciwko przedstawicielom różnych grup mniejszościowych” – napisał w oświadczeniu opublikowanym na stronie RPO Adam Bodnar.

Podkreślił, że obowiązkiem władzy publicznej jest „włączanie, a nie wykluczanie”. Dodał, że „z tego powodu wszelkie przypadki ataków słownych na takie zgromadzenia, jak Marsz Równości, powinny zostać jednoznacznie potępione. Ma to również na celu budowanie w ofiarach mowy nienawiści motywowanej uprzedzeniami przekonania o tym, że przypadki naruszeń ich praw podstawowych nie są władzy publicznej obojętne – uznał Bodnar.

Zwrócił też uwagę, że „dbanie o odpowiedni poziom debaty publicznej, w której priorytetem będzie poszanowanie godności każdego człowieka, stanowi naszą wspólną odpowiedzialność. Szacunek dla każdej osoby, okazywany w przestrzeni publicznej, jest bezwzględnym wymogiem zachowania standardów w ramach zróżnicowanego, demokratycznego społeczeństwa” – podsumował Rzecznik Praw Obywatelskich.

Pogląd RPO podziela znaczna część Polaków zniesmaczonych stanowiskiem Błaszczaka.

W sondażu dla rp.pl 53,3 proc. badanych jest zdania, że Mariusz Błaszczak powinien zostać usunięty z rządu. Odmiennego zdania jest tylko 25,9 proc. respondentów. I tylko 20,7 proc. ankietowanych nie ma zdania na ten temat.

W podziale na płeć, za usunięciem z rządu ministra Błaszczaka jest 52 proc. mężczyzn i 54 proc. kobiet. Odpowiadają tak również częściej osoby mające 50 i więcej lat (59 proc.), badani z miast liczących powyżej 200 tysięcy mieszkańców (66 proc.) i ankietowani o wykształceniu wyższym (60 proc.).

Sprawą konstytucji i sądów nowych zwolenników się już nie pozyska, socjałem PIS – u się nie przebije, patriotyczną retoryką też nie. Więc co robić? Już dziś najnowszy wstępniak Tomasza Lisa w „Newsweeku”, a w nim propozycja.

Od XVIII wieku w głębokiej, a więc najważniejszej warstwie zachodnio-europejskiej mentalności politycznej jest przekonanie, że Polska i wschód Europy powinien być oddany w gestię Rosji. Ono trwa, choć stłumione. Groźne dla nas. PiS robi wszystko by je wyciągnąć na wierzch.

Earl drzewołaz

Chyba pierwszy raz się zdarza, że „ekspertka” od wiedzy wszelakiej, posłanka Prawa i Sprawiedliwości Krystyna Pawłowicz znalazła poparcie mediów społecznościowych. Tym razem dodała swoje trzy grosze do dyskusji o osiągnięciach polskich drużyn piłkarskich oraz klęsce na Mundialu. Na celownik wzięła Zbigniewa Bońka, po tym jak teraz w europejskich rozgrywkach pucharowych kompletną klapę poniosły Legia Warszawa, Lech Poznań i Jagiellonia Białystok.

Na Twitterze kompromitację polskich drużyn Pawłowicz skomentowała jednoznacznie zaczepiając szefa PZPN:

„Panie Bońku
Po wynikach polskich piłkarzy we wszelkich ligach, od gminnych po światowe, jako kierownik PZPN „jawi się Pan dla mnie kierownikiem fascynującym”
 – napisała.

Tak z kpiną nawiązała do dyskusji, która zrodziła się przy okazji mistrzostw świata 2018. Posłanka zapytała wówczas, czy jest…

View original post 2 788 słów więcej

Post Navigation