Hairwald

W ciętej ranie obecności

Archive for the tag “Jakub Majmurek”

Ziobro puka do Kaczyńskiego

Nikomu bardziej nie zależało na utrzymaniu większości w Sejmie niż Jarosławowi Kaczyńskiemu. Lider PiS doskonale zdaje sobie sprawę, że to u niego najszybciej pojawiłby się prokurator. I wcale nie dotyczy to łamania konstytucji i sprawowania władzy.

Obóz Zjednoczonej Prawicy ma tak wiele za uszami, że boi się utraty władzy jak ognia. A nawet więcej – dla wielu polityków PiS i jego sojuszników z Porozumienia Jarosława Gowina i Solidarnej Polski Zbigniewa Ziobry to gra o polityczne być albo nie być. Wielokrotne łamanie konstytucji, regulaminów Sejmu i Senatu, wątpliwe decyzje ekonomiczne dotyczące spółek skarbu państwa i nieczyste układy na styku władzy i prorządowych mediów… Worek przewin jest ogromny, ale takie postępowania wymagałyby czasu.

Jarosław Kaczyński sprytnie uniknął wikłania się na papierze w delikty konstytucyjne i ustawowe. Miał od tego Beatę Szydło czy Beatę Kempę, które nie publikowały wyroków Trybunału Konstytucyjnego. Miał od tego posłów, którzy zgłaszali ustawy sprzeczne z konstytucją, miał prezydenta Andrzeja Dudę firmującego zamach na wymiar sprawiedliwości.

Ale jest jedna sprawa, która Kaczyńskiego nie ominie, jeśli zmieni się władza i układ sił w Sejmie. To sprawa 50 tys. zł łapówki dla księdza Rafała Sawicza, bez którego zgody nie można było rozpocząć poważnych zabiegów o budowę drapacza chmur na działce należącej do związanej z PiS spółki Srebrna.
Spowinowacony rodzinnie z Kaczyńskim austriacki biznesmen Gerald Birgfellner, któremu prezes PiS zlecił przygotowanie projektu, zeznał w prokuraturze, że osobiście wręczył kopertę z 50 tys. zł na Nowogrodzkiej. Że był tam wraz z żoną, że były inne osoby, w tym sam ks. Sawicz. Słowem kilku świadków. Dostarczył wyciąg z konta bankowego.

Sam Sawicz, który porzucił czynne duchowieństwo jeszcze przed ujawnieniem afery przez „Wyborczą”, a po naszej publikacji zniknął, przez pełnomocnika oznajmił, że jest do dyspozycji organów ścigania. I, co najważniejsze, nie zaprzeczył, że 50 tys. zł dostał.

Prokuratura pod butem Zbigniewa Ziobry od lutego nie podjęła decyzji, czy wszcząć śledztwo ws. oszukania Birgfellnera przez Kaczyńskiego, który ostatecznie odmówił Austriakowi zapłaty za wykonane prace nad projektem. Nie można więc przesłuchać nikogo poza samym biznesmenem i zweryfikować jego zeznań, przesłuchując świadków, w tym samego Sawicza i Kaczyńskiego. To chroni prezesa PiS przed odpowiedzialnością karną.

Dlatego 24 godziny od zamknięcia lokali wyborczych do czasu ogłoszenia oficjalnych wyników głosowania musiały być dla Kaczyńskiego bardzo nerwowe. Łopatologiczna propaganda prorządowych mediów i kolejne miliardy na obietnice ostatecznie dały obozowi władzy niewielką przewagę w Sejmie, ale już nie w Senacie.

Tak, Kaczyńskiemu jako doktorowi prawa najbardziej zależy na tym, by opozycja nie mogła utworzyć rządu i odblokować prokuratury, a w parlamencie nie powstała większość skłonna odebrać prezesowi PiS immunitet.

Bo wtedy nie byłoby mrzonek o Trybunale Stanu dla czołowych polityków Zjednoczonej Prawicy, ale zwykłe postępowanie prokuratorskie w prostej sprawie o wręczenie łapówki.

Kmicic z chesterfieldem

W normalnym państwie można by taki pomysł obśmiać. Ale PiS ze środowisk postulujących taką edukację zrobił wroga publicznego, niszczycieli polskiej rodziny, deprawatorów dzieci i nihilistów.

To do nich wołał prezes Kaczyński: „Ręce precz od naszych dzieci”. To także ich miał na myśli abp Jędraszewski, głosząc o „tęczowej zarazie”. W takiej sytuacji można się spodziewać, że obywatelska inicjatywa mająca błogosławieństwo Kościoła zostanie przez parlament uchwalona. Będziemy wtedy chyba jedynym krajem w Europie i ewenementem na skalę światową, gdzie edukacja seksualna nie tylko nie jest w szkołach wykładana, ale jest zakazana i karana więzieniem.

Nauczanie seksualne jako przestępstwo

Na wznowionym po wyborach posiedzeniu Sejmu jednym z punktów było pierwsze czytanie projektu obywatelskiej inicjatywy Stop Pedofilii, który wprowadza do kodeksu karnego nowe przestępstwo: nauczania seksualnego. Przepis ma brzmieć tak: „Kto propaguje lub pochwala podejmowanie przez małoletniego obcowania płciowego lub innej czynności seksualnej, działając w związku z zajmowaniem stanowiska, wykonywaniem zawodu lub działalności związanych z wychowaniem, edukacją, leczeniem małoletnich lub opieką nad nimi…

View original post 5 130 słów więcej

 

Kołtun Morawiecki, który chce rechrystianizować Polaków

Piątka Kaczyńskiego w wielkanocnym koszyczku

Przyjrzyjmy się na początek złożonym przez premiera Polakom i Polkom „życzeniom wielkanocnym”. W cudzysłowie, bo nie były to żadne „życzenia”, a materiał wyborczy. Oglądamy w nim rodzinę zgromadzoną przy wielkanocnym stole, a w tle słyszymy głos małego dziecka, cieszącego się na nowe meble, jakie rodzice kupią dzięki „500 plus także na pierwsze dziecko”.

W fakcie, że premier wykorzystuje święta, by sprzedać Polakom przekaz dnia własnej partii nawet już nas nie dziwi – przywykliśmy do takich złych praktyk. Nie dziwi też to, że premier promuje swoje rządy pakietem socjalnym znanym jako „piątka Kaczyńskiego” – PiS w ostatnich tygodniach dokłada wszelkich starań, by polska opinia publiczna nie rozmawiała o niczym innym. Ciekawa jest za to forma świąteczno-wyborczej reklamówki.

Jesteśmy w przestronnym wnętrzu, widocznie należącym do rodziny z dobrze radzącej sobie klasy średniej. Jednej z tych, którym piątka Kaczyńskiego specjalnie nie wydaje się potrzebna do szczęścia. To bardzo odległy świat od tego, w jakim żyje przeciętny wyborca PiS w 2019 roku – statystycznie raczej starsza i uboższa osoba. Ludowy, plebejski elektorat PiS takie wnętrza zna głównie z seriali – nie rozpozna się w tym, co widzie na ekranie.

To naturalne, że w roku wyborczym PiS, jak każda partia, szuka głosów poza swoim bazowym elektoratem. Że stara się dotrzeć do klasy średniej i aspirujących do jej stylu życia potencjalnych wyborców. Czy jednak dotrze do niego z przekazem opartym na zachwalaniu piątki Kaczyńskiego? Niedawny sondaż Kantar dla „Gazety Wyborczej” pokazuje, że piątkę popierają niemal wyłącznie wyborcy PiS. Zwolennicy pozostałych partii są zdania, że to zbyt drogie rozwiązanie. Jeśli premier Morawiecki naprawdę chce docierać do rodzin, jakie pokazał w wielkonocnym spocie, musi zaproponować im trochę inny przekaz, niż „500 złotych także na pierwsze dziecko”. Rodziny, jakie widać na ekranie, mają poczucie, że za 500 złotych, którego niespecjalnie potrzebują, zapłacą same – i to z nawiązką.

Polski samochód elektryczny w Dolinie Krzemowej nad Wisłą

Wyborczej logice podporządkowana była także wizyta premiera w Stanach. Z punktu widzenia interesów państwa nie miała ona żadnego sensu. Morawiecki nie spotkał się z nikim ważnym, nie ugrał niczego istotnego dla Polski. Wyjazd za ocean miał za to od początku inny cel: wyprodukowanie serii przekazów na potrzeby wewnętrznej polityki, mających przekonać wyborców, że pod władzą PiS Polska gra w pierwszej światowej lidze, a doceniają to nawet Amerykanie.

Taką narrację premier rozwijał w wywiadzie z amerykańską telewizją Fox Business. Zachęcając amerykańskich przedsiębiorców do inwestycji w Polsce, przekonywał, że stajemy się czymś w rodzaju Doliny Krzemowej. Porównanie to wywołało falę kpin w mediach społecznościowych. Trudno się temu dziwić.

Po pierwsze, porównanie to jest całkowicie od czapy. Jak przy okazji przypomniał portal „Oko.press”, pod względem innowacyjności Polska gospodarka jest w Unii Europejskiej na czwartym miejscu od końca, na liście 50 najbardziej innowacyjnych miast Europy nie ma żadnego polskiego, liczące się duże, polskie przedsiębiorstwa nowych technologii można policzyć na palcach jednej ręki. Po drugie, Morawiecki opowiadający podobne historie ma dziś poza zadeklarowanym elektoratem rządzącej partii wiarygodność zbliżoną do zera. Od samego początku rządów PiS premier przestawiał się jako Eugeniusz Kwiatkowski ery nowych technologii. Obiecywał ucieczkę Polski z pułapki średniego rozwoju, inwestycje, innowacje i elektryczne samochody. Po czterech latach wszystkie te plany ciągle są na etapie slajdów w Power Poincie. Trudno mieć do wyborców pretensje, że każdą nową modernizacyjną narrację Morawieckiego traktują z mniej lub bardziej szyderczym sceptycyzmem.

Równie niewiarygodny Morawiecki jest, gdy – także w Stanach – porównuje reformę sądownictwa do rozliczeń z kolaborantami z nazistowskimi Niemcami w powojennej Francji. Jako absolwent historii premier powinien wiedzieć, że sędziowie ery Vichy kolaborowali z nazistami w Zagładzie francuskich Żydów. Ciągle orzekający sędziowie z ery PRL – a średni wiek sędziego wynosi dziś koło 40 lat i takich przypadków naprawdę nie ma wiele – w najgorszym wypadku orzekali niewielkie kary więzienia dla członków opozycji. Nie można, nie popadając w śmieszność, porównywać tak odrębnych przypadków. W oburzenie Morawieckiego i jego partii na „sędziów komunistów” trudno też uwierzyć w sytuacji, gdy jedną z twarzy lansowanych przez jego partię reform sądownictwa jest robiący w PRL karierę prokuratora Stanisław Piotrowicz.

Panie premierze, ostrożnie z językiem TVP!

Premier Morawiecki, jak donosili znający sytuację w PiS dziennikarze, miał pozostawać bardzo głęboko sceptyczny co do języka TVP. Niestety, w ostatnich tygodniach sam chyba zaczyna, być może niepostrzeżenie dla siebie nim mówić. Połączenie propagandy sukcesu nieznanej od czasów Gierka i brutalnej nagonki na przeciwników politycznych – sędziów, nauczycieli, „totalną opozycję”, Brukselę, społeczność LGBT+ – to najbardziej podstawowa składnia języka telewizyjnych „Wiadomości”, programów typu „Minęła 20”, czy „W tyle wizji”.

Przejmując ten język Morawiecki niszczy sposób swój unikalny w PiS atut: zdolność komunikowania się z bardziej umiarkowanymi, konserwatywnymi, lecz wolnymi od rewolucyjnego resentymentu wobec III RP wyborcami. Propaganda w stylu TVP będzie też tym mniej skuteczna, im bardziej będzie narastał kryzys w szkolnictwie i innych usługach publicznych. Na razie nie widać końca strajku nauczycieli, za chwilę czeka nas horror kumulacji roczników w szkołach średnich i z dużym prawdopodobieństwem strajk pracowników socjalnych. W takiej sytuacji opowieści o Dolinie Krzemowej i sędziach-komunistach to ostatnie czego Polacy oczekują od szefa rządu.

Kaczyński nie po ściągnął bankowca do PiS, by przemawiał do Klubów Gazety Polskiej. Jeśli kolejne wybory pokażą, że Morawiecki niespecjalnie dociera do kogokolwiek więcej, jego pozycja w układzie rządowym może się bardzo skomplikować. Premier naprawdę powinien uważać z językiem TVP – naprawdę nie ma na nim co ugrać.

Depresja plemnika

„Przymila się Polakom i zamiast zachować neutralność nakazaną unijnym urzędnikom, zakłóca nam polskie święto 3 Maja, by robić sobie na Polsce, jak Timmermans, kampanię wyborczą. I znów traktuje Polskę przedmiotowo” – napisała na Twitterze Krystyna Pawłowicz, dowodząc natężenia niepokoju, jaki zapanował na prawicy po tym, gdy Donald Tuska zapowiedział swój wykład na Uniwersytecie Warszawskim w dniu 3 maja.

Były premier, szef Rady Europejskiej dwa tygodnie wcześniej powiedział, że jest bardzo dużo dobrych powodów, dla których trzeba się spotkać właśnie tego dnia. „I powiedzieć sobie parę poważnych słów na temat konsytuacji, miejsca Polski w Europie – jest to przecież też rocznica przystąpienia do UE – i o znaczeniu wolności, i o wolnych wyborach” – oznajmił Donald Tusk.

„Czekamy z niecierpliwością”, „Będziemy” – zareagowali z radością użytkownicy mediów społecznościowych. Nie wszyscy jednak…

Pierwsza oczywiście do ataku ruszyła PiSowska funkcjonariuszka Pawłowicz, ale zdecydowanie „przebił” ją prawicowy publicysta Marcin Rola. Stwierdził, że 3 maja…

View original post 865 słów więcej

 

IV RP Kaczyński z Morawieckim mogą uskuteczniać po wyborach 2019 pod jakąś celą. To dobre miejsce

Tydzień temu premier Mateusz Morawiecki zarysował wizję małej stabilizacji. Teraz Jarosław Kaczyński mówi w istocie: na rok wstrzymujemy budowę IV RP. Ale prezes PiS przestrzega jednocześnie, że mimo spodziewanego uspokojenia nie można zapominać o – w jego ocenie – wręcz barbarzyńskich rządach PO-PSL.

Jarosław Kaczyński zaczął swoje wystąpienie na spotkaniu klubu PiS od diagnozy, że Polacy mają teraz wielkie oczekiwania i aspiracje – chcą żyć w takim dobrobycie i stabilności jak zasobny Zachód. Samo PiS swoją retoryką i programami społecznymi rozbudza te oczekiwania, ale sprzyjają im też bardzo dobre wyniki polskiej gospodarki.

Uniknąć powtórki z historii

Analogia do roku 2007 jest tu uderzająca. Przed 11 laty gospodarka również pędziła, a mimo to PiS przegrało wówczas wybory i straciło władzę.

Teraz wzrost PKB Polski jest rekordowy wśród państw Unii Europejskiej, a PiS za rok stanie do wyborów parlamentarnych (jesienią 2019 r.). Stawką tych wyborów będzie ugruntowanie dokonanych już zmian, ale przede wszystkim możliwość kontynuowania budowy IV RP – nawet jeśli prezes PiS broni się przed tym określeniem.

Przemówienie premiera Mateusza Morawieckiego sprzed tygodnia i dzisiejsza mowa Jarosława Kaczyńskiego są cezurą: od teraz celem jest przede wszystkim wygrać wybory 2019 r., a nie ordynować kolejne reformy. Bo wygrana PiS za rok oznacza ugruntowanie „dobrej zmiany”, a przegrana jej zaoranie. Dla Jarosława Kaczyńskiego to albo zapisać się trwale w historii państwa, albo zostać wyrzuconym na śmietnik historii. To być albo nie być.

Nienazwana IV RP

Tu nieco historii. Pół roku po przejęciu władzy w 2015 r. Jarosław Kaczyński na Impact’2016 mówił tak: – IV Rzeczpospolita, którą dzisiaj budujemy, to państwo suwerenne wobec innych państw i podmiotów międzynarodowych i gospodarczych.

Wówczas w pierwszym rzędzie siedział – wtedy tylko wicepremier – Mateusz Morawiecki. J. Kaczyński patrząc na niego mówił o „przedsięwzięciu, które jest w centrum całego wielkiego planu IV RP”. – To przedsięwzięcie ma nazwisko i tak się składa, że człowiek noszący to nazwisko, siedzi tutaj naprzeciw mnie. To Mateusz Morawiecki – podkreślał.

Dziś ten sam Morawiecki jest premierem i ma zagwarantować PiS-owi możliwość kontynuowania budowy IV RP po kolejnych wyborach parlamentarnych. Ale aby ten master plan nie spalił, potrzebne jest odroczenie PiS-owskiej rewolucji.

Rozbrajanie miny Polexitu

W ostatnich tygodniach opozycja szermowała narracją o Polexicie. PiS stara się więc rozbroić narrację o lunatycznym wyprowadzaniu Polski przez PiS z Unii Europejskiej. J. Kaczyński idzie tą utartą już ścieżką i dziś.

Jak podkreślił prezes, potrzebna jest „podmiotowa przynależność do UE” – bo Polacy Unię kochają. Ale zastrzegł, że należy pozostać przy polskiej, a nie przyjmować unijną walutę – bo Polacy boją się euro. PiS stara się jednocześnie przejąć unijny sztandar suflując, że oto PiS zapewni Polakom unijny dobrobyt i stabilność. Nijak ma się to do narracji aparatu propagandowego PiS z TVP na czele, jak to nad Wisłą jest bezpiecznie (choćby na tle Francji) i bogato (w porównaniu choćby do Hiszpanii).

AntyPO

W swojej mowie Jarosław Kaczyński nie użył tego określenia, ale de facto uznał, że to współczesny „panświnizm” jest – to już jego słowa – „wyjątkowo groźną i szczególnie intensywnie stosowaną socjotechniką” przez opozycję.

„Panświnizm” czyli przekonanie, że oto każda władza tak samo kradnie. Prezes PiS podjął więc próbę obalenia takiej tezy. – My z aferami walczymy, a jeśli się zdarzają, ich wymiar to pewnie nie jest nawet promil afer [PO-PSL] – podkreślał. I – co warte odnotowania – uderzył w Donalda Tuska przypisując mu uwikłanie w aferę Amber Gold/OLT Express.

Tak żarliwe odgrzewanie przez J. Kaczyńskiego przekazu o „liberałach-aferałach” świadczy dobitnie, że rozlewająca się afera KNF została uznana na Nowogrodzkiej za groźną. – Afery to istotny element władzy PO-PSL – odbijał piłeczkę więc prezes. I zarysował nienową zresztą narrację o błyskawicznej reakcji państwa PiS na afery, co ma różnić PiS od „aferałów”. – My reagujemy twardo, zasadniczo – zaznaczył prezes, wskazując, że aferzyści trafiają teraz do aresztów, podczas gdy – mówił – na opozycji „wszyscy są niewinni”.

Depresja plemnika

„Piekło istnieje na ziemi”, „Dość hipokryzji w Kościele”, „Kościele, nie chroń zła”, „Na to nie ma przedawnienia” – z takimi hasłami protestowali w Gdańsku uczestnicy manifestacji pod pomnikiem ks. Henryka Jankowskiego, któremu zarzuca się molestowanie dzieci.

Figura prałata została opasana łańcuchem, do którego przymocowano tablicę z napisem „Pomnik ofiar Kościoła katolickiego”. Do łańcucha przyczepiono pluszowe maskotki i dziecięce buciki, mające symbolizować ofiary pedofilii.

Jedna z organizatorek protestu Joanna Krysiak ze stowarzyszenia Trójmiejskie Dziewuchy Dziewuchom mówiła podczas wiecu, że „księża powinni być traktowani jak normalni obywatele i powinni ponosili odpowiedzialność za swoje czyny”. – „Pomnik ks. Jankowskiego powinien zostać przekształcony w pomnik hańby Kościoła katolickiego, a jeśli jest to niemożliwe, to w pobliżu powinno się ustawić pomnik ofiar”. Domagają się także wykreślenia prałata z listy honorowych obywateli Gdańska.

W proteście udział wziął Marek Lisiński, prezes Fundacji „Nie lękajcie się”, która pomaga ofiarom pedofilii w Kościele katolickim w Polsce. – „Jestem…

View original post 2 669 słów więcej

Państwo bezprawia PiS zwalcza uczciwych urzędników

>>>

Za nadzór nad SKOK-ami aresztowany. Tak dzisiaj wygląda państwo bezprawia.

Depresja plemnika

Były zastępca przewodniczącego KNF, który wsławił się nadzorem nad SKOK-ami, również został zatrzymany dzisiaj przez CBA.

Dziś rano funkcjonariusze Centralnego Biura Antykorupcyjnego zatrzymali Andrzeja J., byłego przewodniczącego Komisji Nadzoru Finansowego, i sześciu były podległych mu urzędników komisji. Wśród nich jest Wojciech Kwaśniak, zastępca przewodniczącego KNF w latach 2011–2017 (w lutym odwołała go premier Beata Szydło na wniosek Marka Chrzanowskiego, byłego szefa KNF). Kwaśniak znany był ze swojej stanowczości nie tylko wobec nadzorowanych banków, ale także systemu SKOK, czyli spółdzielczych kas oszczędnościowo-kredytowych, które wbrew sprzeciwom PiS i środowiskom skupionym wokół senatora Grzegorza Biereckiego, twórcy SKOK, zostały włączone do nadzoru KNF w listopadzie 2013 r.

Jak mówi „Gazecie Wyborczej” mec. Jerzy Naumann, pełnomocnik m.in. Wojciecha Kwaśniaka, dzisiejsza akcja CBA zaczęła się o 6.10. Zatrzymani są właśnie przewożeni do Szczecina, a w ich mieszkaniach trwają rewizje. – To oburzające, cztery lata temu Wojciech Kwaśniak omal nie został zabity w związku z tą sprawą, dzisiaj ci…

View original post 845 słów więcej

PiS nie potrafi się przyznać do przegranej, tak mają ci krętacze

>>>

Wojciech Kałuża – radny Koalicji Obywatelskiej – sam zgłosił się do śląskich polityków PiS-u – tak nieoficjalnie dowiedział się dziennikzachodni.pl. Chciał, żeby skontaktowali go z Michałem Dworczykiem, szefem Kancelarii Premiera, zajmującym się w partii próbami przeciągania radnych do PiS. To on miał osobiście negocjować z Kałużą.

O efektach tych rozmów, czyli niespodziewanym przejściu Kałuży do PiS pisaliśmy w artykule „Draka na sesji sejmiku na Śląsku. Czym PiS – owcy skusili radnego PO?”. PiS może teraz samodzielnie rządzić w województwie śląskim.

Już wiadomo, czym skusili… „Nagrodą” dla Kałuży będzie nie tylko wicemarszałkostwo województwa śląskiego, ale także awans dla jego żony w Jastrzębskiej Spółce Węglowej, kontrolowanej przez PiS. Może ona dostać posadę nawet wiceprezesa – wynika z nieoficjalnych informacji dziennikzachodni.pl.

Po swojej decyzji Kałuża unikał mediów. Dopiero późnym popołudniem wyszedł do dziennikarzy. Wyraźnie spocony wygłosił oświadczenie, że zrobił to dla… Śląska.

Nie zamierza przepraszać ludzi, którzy na niego głosowali w minionych niedawno wyborach samorządowych. – „Liczę, że zrozumieją mój krok i będą ze mnie dumni” – powiedział Kałuża.

Trudno jednak zrozumieć kogoś, kto podczas kampanii wyborczej – wspólnie z innym kandydatem KO – przekonywał, że „wie, jakie zagrożenie dla naszego śląskiego samostanowienia niesie dziś centralistyczna polityka Prawa i Sprawiedliwości”. Zaledwie kilka tygodni temu nie godził się z tym, „by ośrodek decyzyjny, determinujący nasze życie, znajdował się w Warszawie – przy ul. Nowogrodzkiej”.

* * *

PiS zamiast powiedzieć wprost: tak pomyliliśmy się, przepraszamy – to będziemy teraz słuchali opowieści, że wycofaliśmy się, ale się nie wycofaliśmy.

Depresja plemnika

Krótko mówiąc: na froncie walki o sądy Nowogrodzka zarządziła odwrót.

Skąd ten zwrot w tył?

To może zaskakiwać, bo Partia Jarosława Kaczyńskiego cofa się bardzo rzadko. Jest przekonana, że samodzielna większość w Sejmie daje jej absolutne prawo, do kształtowania polskiej rzeczywistości. Zdarzało się już jednak w przeszłości, że PiS napotykał na tak wielki opór, że niezależnie od sejmowej arytmetyki musiał ustąpić.

Mimo nacisku części własnego zaplecza, obóz rządzący nie odważył się wprowadzić przepisów jeszcze bardziej utrudniających polskim kobietom dostęp do legalnej aborcji. Do zatrzymania się zmusiła PiS bezprecedensowa mobilizacja kobiet w całej Polsce. Ich protesty pokazały, że w Polsce nie ma społecznej zgody na dalsze zaostrzanie przepisów regulujących warunki przerywania ciąży. Kaczyński zrozumiał, że jeśli spróbuje ograniczyć wolność kobiet w tym zakresie, to słono za to zapłaci przy urnie wyborczej.

Także kwestii ustawy o IPN PiS zmienił stanowisko o 180 stopni. Zmianę wymusiło zderzenie się ze ścianą na…

View original post 2 293 słowa więcej

Litość dla Wassermann

>>>

„To oczywiste. Mając serce dżentelmena i widząc jak Pani tonie musiałbym jakoś okazać litość. A tak tylko podczas przerwy błagałem PDT, aby miał dla Pani miłosierdzie. Tylko tyle mogłem dla Pani zrobić” – napisał na Twitterze Roman Giertych.

To jego reakcja na atak na niego Małgorzaty Wassermann z PiS.

Przewodnicząca komisji śledczej ds. Amber Gold w wywiadzie dla Polsat News nie przebierała w słowach. – „Zakładałam, że premier nie wziął dzisiaj ze sobą Romana Giertycha, bo się bał, że on zrobi „hop, hop, hop” na komisji jak na manifestacji KOD. Taki poziom, taka klasa Giertycha, że premier Tusk doszedł do wniosku, że to będzie dzisiaj dla niego wizerunkowe obciążenie, jeżeli ten człowiek usiądzie koło niego i dlatego przyszedł sam” – powiedziała Wassermann.

Na Facebooku Giertych umieścił także… bajkę na dobranoc o Eskimosach, którzy chcieli złapać białego niedźwiedzia. – Na czele wyprawy stała dzielna Eskimoska, która wprawdzie nie została wybrana na królową igloo, ale bardzo chciała niedźwiedzia dopaść, bo marzyła o jego białej skórze. Od tego marzenia taką dostała obsesję, że budziła się i zasypiała z imieniem niedźwiedzia na ustach”– napisał Giertych.

Eskimosi, aby złapać niedźwiedzia, wykopali dół i długo czekali. Wreszcie niedźwiedź się pojawił, zjadł mięso umieszczone w dole a potem samych Eskimosów. – „W każdej bajce jest jakiś morał. I w tej też jest. Brzmi on tak. Nie masz strzelby, to nie idź na niedźwiedzia. Bo cię zeżre” – zakończył Giertych.

>>>

>>>

„Milczenie nie jest złotem, jest ratunkiem” – napisał Leszek Miller do członków komisji ds. Amber Gold. Sam nazwał się „weteranem komisji śledczych”.

Leszek Miller to polityk słynący z ciętych ripost. Jedna z nich stała się słynna – a jej popularność była tak ogromna, że prawdopodobnie zaskoczyła samego autora – dzięki komisji śledczej. – Pan jest zerem, panie Ziobro – powiedział ówczesny premier do Zbigniewa Ziobry 15 lat temu, podczas przesłuchania Millera przed komisją śledczą w sprawie afery Rywina.

Ale to nie jedyna komisja, przez którą przesłuchiwany był Miller – w 2004 roku zeznawał przed komisją ds. PKN Orlen, rok później przed komisją ds. PZU, a jeszcze pięć lat później – przed komisją hazardową.

Również niektóre wypowiedzi Donalda Tuska podczas przesłuchania na komisji śledczej ds. Amber Gold zapewne zostaną zapamiętane na dłużej:

Przy dzisiejszych standardach moje wnuki byłyby w radzie nadzorczej Orlenu

Uśmiechnąłem się do pani przewodniczącej, dodając jej otuchy

Pani szósty raz sugeruje, że jestem zdenerwowany, ja znam tę technikę, ale naprawdę jestem spokojny. Równie dobrze mógłbym powiedzieć: rozumiem pani zły nastrój

Mogę się zwracać bezpośrednio do kamery jak pani przewodnicząca? – pytał Tusk. – Wiemy, że pan to lubi – mówił członek komisji. – Ja to umiem – odpowiedział były premier.

Leszek Miller zwrócił się do komisji śledczej z nieco złośliwą radą. „Jako weteran komisji śledczych mam dla członków komisji przesłuchujących dziś Donalda Tuska małą radę: milczenie nie jest złotem, jest ratunkiem” – napisał na Twitterze były premier.

Działacze PiS są rozczarowani wynikami drugiej tury w miastach. Porażka źle wróży przed wiosennymi wyborami europejskimi. I kolejnymi – do parlamentu.

Kandydaci spod szyldu PiS wygrali w czterech miastach, ci w barwach Koalicji Obywatelskiej – w co najmniej 22. Dwa miasta dla SLD, po jednym dla Kukiz’15 i PSL. Resztę wzięli kandydaci startujący z własnych komitetów. Łącznie wybraliśmy 107 prezydentów.

W PiS nieoficjalnie przyznają, że na powodzenie kandydatów w Krakowie czy Gdańsku nie liczyli. Bolesna jest jednak strata miast, w których do tej pory partia rządziła.

– To były punkty, gdzie na papierze powinniśmy wygrać – mówi jeden z doradców Jarosława Kaczyńskiego. Na liście są Biała Podlaska, Ostrołęka, Nowy Sącz czy Świebodzice.

Te porażki partia przeanalizuje szczegółowo. Na przykład Siedlce. Przegrał – jak mówią w PiS – „ukochany syn ministra energii” Karol Tchórzewski. – Zawiodła analiza polityczna w sztabie – mówi polityk PiS. – Tchórzewski wygrał w pierwszej turze, a przegrał w drugiej. To znak, że kampania nie była tam prowadzona jak należy.

Leszek Miller do pisowców z komisji Amber Gold: Jako weteran komisji śledczych mam dla członków komisji przesłuchujących dziś Donalda Tuska małą radę: milczenie nie jest złotem, jest ratunkiem.

Depresja plemnika

Moją pierwszą reakcją było uczucie radości, że koszmar, który wydawał się nieuchronny i nienaruszalny, może się zatrzymać. Wierzę, że przełoży się to na kolejne wybory i jest początkiem przegranej PiS-u. Mam nadzieję, że w imię wolności i poczucia, że agresja wdrukowywana w społeczeństwo jest niebezpieczna, nastąpi polityczna zmiana poprzez demokratyczne procedury – mówi socjolog prof. Jadwiga Staniszkis. – Myślę, że tak musiały wyglądać polityczne procesy członków elity w latach 30. w Rosji. Wtedy kończyło się obozami i wyrokami śmierci, a tutaj chodzi o to, aby zdyskwalifikować Donalda Tuska – mówi o przesłuchaniu szefa Rady Europejskiej.

KAMILA TERPIAŁ: PiS przegrał w II turze wyborów samorządowych prawie we wszystkich miastach. Nawet w swoich matecznikach: Radomiu i Nowym Sączu. To jasny sygnał – Polacy nie chcą tej władzy?

JADWIGA STANISZKIS: PiS ewidentnie przegrał te wybory. To jest bardzo istotne. Po pierwsze, wszyscy oportuniści, którzy wspierali pisiaków dla stanowisk, spostrzegli, że oportunizm…

View original post 7 728 słów więcej

Andrzej Duda jako pomazaniec Hieny Cmentarnej

>>>

Mieszkańcy Nowego Sącza, którzy wybrali się wczoraj na groby swoich bliskich, przeżyli szok, gdy na cmentarzu zobaczyli prezydenta Polski. Zapewne nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że Andrzejowi Dudzie towarzyszyła Iwona Mularczyk, kandydatka PiS na prezydenta Nowego Sącza wraz z rodziną.

Dziennikarz portalu sadeczanin.info miał możliwość porozmawiania chwilę z prezydentem i nie omieszkał zapytać, czy przypadkiem jego nieoficjalna wizyta w tym miejscu i w takim właśnie towarzystwie nie jest rodzajem „przypieczętowania kampanii wyborczej Iwony Mularczyk?”.

Prezydent udzielił dość wymijającej odpowiedzi, twierdząc, że „to rzeczywiście nieoficjalna wizyta, ale można tak powiedzieć. Jestem w końcu synem tej ziemi, a pani Iwona Mularczyk i pan poseł [Arkadiusz Mularczyk – red.] są moimi serdecznymi przyjaciółmi od wielu lat”.  

Czy rzeczywiście tylko chęć zapelenia znicza pod pomnikiem powstańców w towarzystwie posła Mularczyka i jego żony, kierowała prezydentem? Wśród wielu budzi to spore wątpliwości. Marek Migalski komentuje tę sytuację na Twitterze, pisząc – „Uszczypnijcie mnie. Nie wierzę, że prezydent RP wykorzystał Dzień Wszystkich Świętych do prowadzenia kampanii wyborczej na cmentarzu. Auć!”, a Krzysztof Luft dodaje – „Myśleliście, że dno zostało już osiągnięte? Nic podobnego – w Nowym Sączu zapukało od spodu. Prezydent Polski na cmentarzu w Nowym Sączu wspiera kampanię żony posła Mularczyka kandydującej na prezydenta tego miasta”.

W niedzielę II tura wyborów na prezydentów miast. Kampania trwa w najlepsze, ale czy cmentarz to idealne miejsce, by ją prowadzić? Kandydaci na włodarza Krakowa słusznie uznali, że tego dnia po prostu nie godzi się walczyć o glosy.  Jacek Majchrowski, pytany czy będzie można spotkać go podczas kwest na cmentarzu, poinformował, że „nie będę jutro kwestował. Nie chcę, by ktokolwiek pomyślał, że wykorzystuję odwiedziny krakowian na grobach najbliższych, by prowadzić kampanię wyborczą. Wiem, że wiele osób z takiej okazji cztery dni przed wyborami chętnie by skorzystało, ale takie zachowanie nie jest w moim stylu. Od lat wspieram zbiórki na cmentarzach. Sam niejednokrotnie kwestowałem na Rakowicach i Starym Cmentarzu Podgórskim, co roku pamiętam też, by kwestującym dołożyć coś do puszki! Bardzo Państwa też do tego zachęcam”.

Również Małgorzata Wassermann uznała, że w dzień Wszystkich Świętych „nie ma mowy aby w tym dniu prowadzić kampanię. Uważajcie na siebie i w tym dniu szczególnie lepiej wybrać komunikację miejską”.

Czy obecność prezydenta na cmentarzu w Nowym Sączu pomoże pani Mularczyk, dowiemy się już w niedzielę. Jedno jest pewne, sam fakt promowania kandydatki PiS w takim miejscu i tego właśnie dnia, ma prawo budzić spory niesmak.

 

Holtei

>>>

Marsz 11 listopada pod znakiem neofaszystów. Będzie prelekcja włoskiej organizacji oskarżonej o zabójstwa na tle rasowym, a dla relaksu koncert z pieśnią: „Mein Kampf drogę nam wskazało, na której końcu czeka ład aryjskiego człowieka”

Rok temu w Marszu Niepodległości faszyści śpiewali o „białej Europie”, nieśli ksenofobiczne transparenty. Nikt nie został za to ukarany. W tym roku ich „program” będzie jeszcze bardziej rozbudowany.

Autonomiczni Nacjonaliści, jedna z grup, która podpięła się pod marsz sprzed roku, zapowiada: „Obowiązuje czarny ubiór i strój. Chusty, szaliki i kominy [kominiarki] mocno wskazane”, „flagi, banery i wszelkie symbole organizacji, ekip i kolektywów mogą być swobodnie prezentowane”. To ostatnie z zastrzeżeniem, że usuwane będą te, które wymierzone są w „bratnie narody”.

Ale już dzień przed marszem, w Centrum Konferencyjno-Szkoleniowym przy ul. Wilczej, w centrum stolicy, neofaszyści organizują konferencję, na której wystąpią działacze skrajnej prawicy z Serbii, Czech i Włoch. Ostatnich reprezentować będzie Nicola Piscopello, działacz organizacji…

View original post 5 003 słowa więcej

Morawiecki! Czas na dymisję!

Schetyna o taśmie PMM: To zdemaskowanie gotowego na korupcyjne propozycje hipokryty, który raz jest z Tuskiem, a raz z Kaczyńskim. Czas na dymisję

„Trzeba słuchać ludu, obiecać mu czego oczekują, a potem wygaszać ich oczekiwania. Mają zapie…ć za miskę ryżu” – te słowa Morawieckiego ze słynnych taśm nagranych w restauracji „Sowa i Przyjaciele” – do żywego poruszyły Romana Giertycha. W trosce o równowagę psychiczną premiera napisał do niego uspokajający list otwarty, który następnie opublikował na Facebooku.

Przede wszystkim radzi w tej sytuacji zachować Morawieckiemu spokój i pisze: „Fakt. Jest gorzej niż źle, ale to nie oznacza, że nie może być jeszcze gorzej. Wiem, że świadomość, że już do końca życia będzie się Pan kojarzył z miską ryżu nie jest najprzyjemniejsza, ale musimy z tym żyć. Po pierwsze spokój.”

Nawiązując do wizyty za oceanem radzi nie denerwować się, gdy „piszą o Panu Mr Morawiecki. To jeszcze nie oznacza skrótu od „Miska ryżu”. Giertych życzliwie perswaduje, że nie można wszystkiego nadinterpretować, raczej należy szukać drogi wyjścia z kryzysu. „Ja, jako niezawodny przyjaciel dobrej zmiany znalazłem sposób” – pisze mecenas. „Musi Pan powiedzieć prawdę i ogłosić się Wallenrodem Pis-u. Przygotowałem dla Pana orędzie, w którym powie Pan prawdę, a wówczas może Rodacy Panu wybaczą.”

Treść orędzia mecenas publikuje w całości:

„Polki i Polacy!

Wiem, że wszyscy domagają się wyjaśnień w sprawie taśm prawdy./…/Prawda jest bowiem prostsza niż się wydaje.

Otóż całe to zadęcie patriotyczne, którym jako PiS Was obdarzaliśmy przez tyle lat to jedna wielka ściema. Tak naprawdę to Jarosław Kaczyński połączył różne grupy, których celem jest dorwanie się do władzy i do pieniędzy. Ich mottem jak pięknie powiedział Prezydent było: Ojczyznę dojną racz nam wrócić Panie! I spełniło się! Nie wiedzieć dlaczego Naród postanowił obdarzyć ich pełnią władzy. Jeśli spojrzy się z perspektywy premiera, to wszędzie na niższych kręgach władzy, w spółkach Skarbu Państwa, w ministerstwach, agencjach, instytutach słychać jedno wielkie żarcie. (Tutaj zawiesi Pan głos, wyjmie chusteczkę i uroni Pan łzę) – radzi konfidencjonalnie miecenas.
Dlatego Ja przewidując wszystkie skutki tego nieopanowanego szabrownictwa postanowiłem już kilka lat temu przewidzieć los obywatela, który za miskę ryżu będzie harował dzień i noc. I postanowiłem wejść do tego obozu władzy, aby go od środka rozwalić. Zostałem premierem, gdyż wiedziałem, że doprowadzę ich do klęski.

Następnie zawiesi Pan głos i zadeklamuje poetę:

„Ja to zrobiłem jakem wielki dumny,
Tyle głów hydry jednym ściąć zamachem,
Jak Samson pod jednym wstrząśnieniem kolumny,
Zburzyć gmach cały i runąć pod gmachem”

Na koniec z życzliwością radzi Morawieckiemu: „I powie Pan, że marzy o tym, aby być doradcą premiera Schetyny lub prezydenta Tuska.
Tak Panie Mateuszu. To Pana jedyna szansa”.

Zawsze Panu życzliwy,
Roman Giertych

W przypadku premiera Morawieckiego mamy do czynienia z czymś więcej. To zdemaskowanie gotowego na korupcyjne propozycje hipokryty, który raz jest z Tuskiem, a raz z Kaczyńskim. Czas na dymisję.

Holtei

„J. Kaczyński twierdzi, że Morawiecki to „był człowiek naszej strony”. I jak mu proponowano stanowisko wicepremiera i ministra finansów to „przyszedł do mnie”. A musiał się stosownie zachowywać w środowisku, jakim przebywał. Czyli Wallenrod. Ps. JK znów „włancza” – podsumował wywiad prezesa PiS w TVP Paweł Wroński. To nie jedyny błąd językowy popełniony przez Kaczyńskiego. Według niego w USA istnieje miasto, którego nazwę wymawia się: „Czikago”…

Wątek wallenrodyzmu w wykonaniu Morawieckiego przewijał się także w komentarzach innych dziennikarzy. – „Był w tym bardzo niedobrym środowisku” – mówi Kaczyński o Morawieckim w czasach, gdy był doradcą Tuska. Ale się nawrócił. Jako i Piotrowicz, Kryże etc.

Taśmy Onetu chyba zabolały, skoro sam prezes pofatygował się do studia TVP-is. Russia Today ogląda i czerpie wzorce” – napisała…

View original post 3 700 słów więcej

600 pedofilów w sutannach chodzi codziennie między naszymi dziećmi. Kościół pierze mózgi dzieciom i wychowuje ich w przesądach, afery pedofilskie, wieści o przekrętach finansowych. Do tego każda uroczystość państwowa zaczyna się mszą

>>>

>>>

„Chodzi nam o budowanie Kościoła, w którym nie ma zła zamiatanego pod dywan i zła, które się bezkarnie panoszy”

Biskup Piotr Libera podczas poniedziałkowej konferencji prasowej oznajmił, że diecezja płocka walczy ze wszystkimi przejawami pedofilii w Kościele. Zaznaczył, iż do zwołania konferencji, której tematem była „Ochrona małoletnich w praktyce diecezji płockiej” skłonił go m.in. niedawny List do Ludu Bożego papieża Franciszka, a także minione 10 lat od objęcia biskupstwa płockiego. Przypomnijmy: W ogłoszonym w sierpniu Liście do Ludu Bożego papież Franciszek przywołał m.in. słowa św. Pawła: „Gdy cierpi jeden członek, współcierpią wszystkie inne członki”. Pisze w nim o czynach popełnionych przez „znaczną liczbę księży i osób konsekrowanych”. Skala nadużyć zdaniem papieża „wymaga przyjęcia odpowiedzialności w sposób globalny i wspólnotowy”, a uświadomienie sobie tego, co się stało, nie wystarcza.

W odpowiedzi na List do Ludu Bożego papieża Franciszka we wszystkich dekanatach diecezji odbyły się nabożeństwa pokutne w intencji ofiar nadużyć w Kościele. – „Od samego początku pobytu w Płocku, czyli od czerwca 2007 r., wydałem wojnę przestępcom. Nie uchylamy się od odpowiedzialności za popełnione przestępstwa. Egzekwowanie zasady „zero tolerancji” wobec zachowań pedofilnych wśród duchownych było i jest nadal moim priorytetem” – oświadczył bp Libera. – „Skala krzywd, jakie te dzieci, osoby małoletnie, doznały jest wielka. To nie jest złamanie kości czy siniaki. To rany osobowości, z którymi będą musiały żyć latami” – czytamy w portalu Onet.

Od 31 maja 2007 r. do 17 września 2018 r., czyli w okresie 11 lat posługi bp Libery 9 duchownych oskarżonych zostało o nadużycia seksualne względem nieletnich, w tym dwóch z osobami poniżej 15 roku życia. Zaden z nich nie pracuje już z dziećmi lub młodzieżą, a cześć usunięto ze stanu duchownego. Niezależnie od tego, czy sprawa była w sądzie cywilnym umarzana, to sądy kościelne procedowały i wydawały wyroki. We wszystkich sprawach badanych we wspomnianym okresie poszkodowanych zostało 16 osób, w tym trzy poniżej 15 roku życia.

„Odczuwamy zażenowanie i wstyd, ale konsekwentnie idziemy drogą oczyszczenia i drogą prawdy – mówił biskup pomocniczy płocki Mirosław Milewski, przedstawiając na konferencji powyższe dane. – „Nie chodzi nam o jakieś proste zamknięcie przeszłości, ale o trzymanie się z determinacją drogi, na której jest potępienie dla sprawców i pomoc dla ofiar. Chodzi nam o budowanie Kościoła, w którym nie ma zła zamiatanego pod dywan i zła, które się bezkarnie panoszy”. Kuria diecezjalna nie ma natomiast „jasnych informacji i danych”, co działo się przed objęciem rządów w diecezji płockiej przez bp Liberę.

>>>

>>>

Kler i Morawiecki. Pedofilia, życie na koszt państwa i paranoja władzy

Kolejny świetny projekt plakatu autorstwa Andrzeja Pągowskiego.

– Jestem tylko reżyserem. Ale chciałbym, żeby system finansowania Kościoła był jawny, księża pedofile trafiali do więzienia i żeby polski Kościół wziął wreszcie odpowiedzialność za ofiary – mówi Wojciech Smarzowski. We wtorek 18 września na festiwalu w Gdyni premiera „Kleru”, najgłośniejszego polskiego filmu tej jesieni.

Tadeusz Sobolewski: „Kler” będzie polskim „Spotlight”? Oscarowy film z 2015 r. opowiadał o pedofilskim skandalu w amerykańskim Kościele.

Wojciech Smarzowski: To inna sytuacja. Trzeba pamiętać o tym, że w żadnym kraju Kościół sam z siebie nie oczyścił się z win. Musiała być pomoc państwa, instytucji świeckich. Zresztą „Kler” nie jest filmem tylko o pedofilii. Ważne było dla mnie, aby zrobić film o ludziach, których wyróżnia tylko to, że noszą sutanny. Są trzy wektory napędzające tę historię: żądza pieniędzy – chciwość, żądza władzy, no i żądza seksualna.

A skoro od tego zaczęliśmy, zajmijmy się tym grzechem. Badania w Niemczech, które przeprowadziły świeckie komisje na zlecenie episkopatu, wykazały, że wśród księży jest 4 proc. pedofilów. Ale tam episkopat dostarczał archiwa komisjom. W Australii episkopat udostępnił wszystkie kościelne archiwa i wyszło, że to 7 proc. U nas oczywiście żadnych badań nie było, ale nawet jeżeli tylko – jak w 2014 r. stwierdził papież Franciszek – 2 proc. wszystkich księży jest pedofilami, to i tak mniej więcej 600 pedofilów w sutannach chodzi codziennie między naszymi dziećmi.

W ostatni weekend Mateusz Morawiecki najpierw stwierdził, że w czasach rządów PO-PSL „nie było dróg ani mostów”, a potem zażartował z szefa Rady Europejskiej Donalda Tuska. Morawiecki opowiedział zmyśloną historyjkę, jak to kuzyn dzwoni do Tuska i pyta: „Co robisz?”. A Tusk na to: „Nic, jestem w pracy”. Według Morawieckiego „właśnie tak rządzili. To była ta gnuśność, pasywność, ta inercja, to nicnierobienie. Oni byli rządem pasywności, my jesteśmy rządem aktywności”. O poprzednikach mówił też kilka miesięcy temu tak: „Przestępcy podatkowi przestali w Polsce, że tak powiem, wytyczać kierunki polityki gospodarczej”.

Mateusz Morawiecki był jednym z nich

W związku z powyższym trzeba premierowi przypomnieć, że przez dwa lata był – używając jego słów – jednym z tych „przestępców” wytyczających kierunki, którzy nie budowali mostów ani dróg i nic nie robili, kiedy byli w pracy. Był, bo w 2010 r. (na dwa lata) Donald Tusk powołał go na jednego z 11 członków swojej Rady Gospodarczej. Zgodnie z zarządzeniem Rada była organem pomocniczym prezesa Rady Ministrów w sprawach dotyczących bieżących zagadnień rozwoju społecznego i gospodarczego kraju.

A Morawiecki był dość aktywnym jej członkiem, spotykali się co dwa tygodnie. „Zastanawialiśmy się, jaka polityka makroekonomiczna i jakie działania planowane przez rząd byłyby korzystne, by nie wpuścić kryzysu do Polski. Premier Morawiecki w tych pracach brał aktywny udział. Jego kontrybucja była konstruktywna” – wspominał w rozmowie z serwisem NaTemat.pl Adam Jasser, który był sekretarzem Rady. Dodawał, że poglądy Morawieckiego były wówczas zbieżne z tym, jak działał rząd Tuska.

Morawiecki nie ma w PiS wielu sympatyków

Co więc każe Mateuszowi Morawieckiemu wypierać się swojej przeszłości, jednak dość mocno związanej z poprzednim rządem, na którego temat tak niewybrednie dziś „żartuje”?

Choć do PiS zapisał się już ponad 2,5 roku temu, to nie ma tu wielu sprzymierzeńców. Kiedy Kaczyński zakomunikował przy Nowogrodzkiej, że wymienia Szydło na niego, to ona otrzymała gromkie brawa na pocieszenie. Morawiecki nie został powitany oklaskami. I tak w partii nie klaszczą mu do dziś. Posłowie PiS wciąż wytykają mu, że był w Radzie Gospodarczej Tuska, i kłują ich w oczy pieniądze, które premier zarobił w bankowości.

Ale Morawiecki ma kilka atutów, które imponują prezesowi i wywołują zazdrość partyjnego aktywu. To poukładana rodzina, czworo dzieci, karta opozycyjna, dobre wykształcenie, konserwatywne poglądy i – najważniejsze – zna się na gospodarce, o której prezes nie ma większego pojęcia. Kiedyś już Kaczyński, z powodu braku własnych zasobów, zaimportował sobie z obozu Platformy gospodarcze kompetencje Zyty Gilowskiej. Teraz sięgnął po Morawickiego, który chce się sprawdzić w polityce, bo w biznesie już swoje zrobił i zarobił. Twardy elektorat PiS nigdy do końca nie zaakceptował w szeregach partii nieżyjącej już wicepremier Gilowskiej, która zakładała z Tuskiem PO. Z Morawieckim ten elektorat też ma problem, i to większy, bo przecież kiedyś to on zastąpi wodza.

Premier wypiera się przeszłości

Morawiecki robi wiele, aby uwiarygodnić się w oczach ludu zapatrzonego w Kaczyńskiego. Dlatego pojawił się obok prezesa na miesięcznicy smoleńskiej, choć podobno nie wierzy w zamach. Dlatego pierwszy wywiad, którego udzielił – kiedy tylko został premierem – miał miejsce w telewizji o. Tadeusza Rydzyka. To tam mówił o swoim marzeniu rechrystianizacji Europy.

Wreszcie, aby przypodobać się elektoratowi PiS, Mateusz Morawicki jest w stanie wyprzeć się swojej przeszłości i całkiem sensownej współpracy z rządem Donalda Tuska, z którego teraz tak ochoczo żartuje.

Tymczasem przez prawie dwie dekady Morawiecki był częścią elit tak teraz krytykowanej przez siebie III RP – najpierw jako młody samorządowiec, zasiadający w sejmiku województwa dolnośląskiego z ramienia AWS, następnie jako jeden z najbardziej prominentnych, udzielających się publicznie menadżerów sektora bankowego.

Na konwencji samorządowej Zjednoczonej Prawicy 1 września premier Morawiecki oznajmił, że spakował się na dobrych kilka tygodni podróży i rusza w Polskę. Od razu wsiadł do partyjnego busa i pojechał do Łowicza. Od tego czasu jest ciągle w trasie. Co tydzień media przynoszą informację o kolejnym kampanijnym przystanku premiera.

Cuda i ruiny

Słuchając tego, co premier mówi w kolejnych miastach, nie sposób nie zadać pytania: do kogo szef rządu próbuje dotrzeć? Widać już bowiem bardzo wyraźnie, żeMorawiecki nie zmiękcza ani trochę partyjnego przekazu, nie próbuje specjalnie sięgnąć do tego elektoratu, u którego Kaczyński, Błaszczak, czy inne osoby z twardego jądra obozu władzy nie budzą wcale szczególnego zaufania.

Morawiecki, walcząc dla swojej partii o kolejne miasta i województwa, powtarza niemal dokładnie to samo, co PiS mówił przez ostatnie trzy lata. Ze wszystkich wystąpień premiera na kampanijnej trasie da się skonstruować jedną narrację, zbudowaną wokół pięciu figur: Polski w ruinie; leniwych, skorumpowanych i gardzących prostym człowiekiem elit; cudu gospodarczego, jaki przynieść miała „dobra zmiana”; prostego człowieka, któremu PiS przywrócił godność; wreszcie wrogów dobrej zmiany z „totalnej opozycji” i zagranicy, którzy zrobią wszystko, by odsunąć PiS od władzy i ponownie odebrać Polakom dumę z tego, kim są i szanse na godne życie.

Premier mówi więc o likwidowanych połączeniach kolejowych, upadłych zakładach, niegdyś tętniących życiem przystankach, dziś porośniętych trawą (Opole), o tym, jak przez „25 lat prywatyzowano polski przemysł i banki” (Szczecin). Jasno wskazuje też winnego tego stanu rzeczy: „elitę III RP”, z politykami PO na czele. W Szczecinie Morawiecki opowiedział żart o rządzącym przez siedem lat premierze, który gdy ktoś do niego dzwonił z pytaniem „co robisz”, odpowiadał „nic, przecież jestem w pracy”. W Gorzowie Wielkopolskim premier w denuncjacji swoich konkurentów uderzył w wizyjne, poetyckie tony: „Tutaj w Gorzowie macie takie urokliwe schody donikąd. To piękna osobliwość Gorzowa, ale jednocześnie taka metafora polityki naszych poprzedników. Droga donikąd – tak prowadzili polską gospodarkę, polskie społeczeństwo”.

W przeciwieństwie do PiS. Rządząca partia, jak powtarza w każdym odwiedzanym miejscu Morawiecki, już przyniosła Polsce „mały cud gospodarczy”. Rządy partii z Nowogrodzkiej rozbiły mafie vatowskie, przyniosły miliardy finansom państwa, przywróciły godność rodzinom, objętym 500+, a wszystko to dopiero początek. W Szczecinie premier obiecywał odbudowę przemysłu stoczniowego, drogi, obwodnice i połączenia kolejowe, inwestycje w zrównoważony rozwój i bogactwo sięgające najdalszych zakątków Polski. „Wiatr historii musi teraz zawiać w każdej gminie” – przekonywał w Gorzowie.

By jednak zawiał PiS musi odsunąć od władzy w samorządach konkurentów. Ci bowiem tylko knują, jak powstrzymać dobrą zmianę. Samorządy najchętniej by – zdaniem premiera – sprywatyzowali. Dobra zmiana tych knowań się jednak nie boi. „Nam niestraszne są te wszystkie pomruki z zagranicy, pomruki naszych konkurentów politycznych, tych, którzy albo nie rozumieją zmiany albo chcą doprowadzić do fragmentacji Polski, do rozczłonkowania [takiego] jak dawne rozbicie dzielnicowe” – straszył i uspokajał zarazem Morawiecki w Szczecinie.

Premier, który spadł na Ziemię

Słuchając wszystkich tych jeremiad premiera Morawieckiego wymierzonych w III RP można by pomyśleć, że szef rządu w 2015 roku przyleciał do Polski po raz pierwszy z jakiejś odległej planety, lub przynajmniej drugiej półkuli. Tymczasem przez prawie dwie dekady Morawiecki był częścią elit tak teraz krytykowanej przez siebie III RP – najpierw jako młody samorządowiec, zasiadający w sejmiku województwa dolnośląskiego z ramienia AWS, następnie jako jeden z najbardziej prominentnych, udzielających się publicznie menadżerów sektora bankowego.

Trudno poważnie traktować utyskiwania na prywatyzacje banków ze strony kogoś, kto w sprywatyzowanym banku zrobił błyskotliwą karierę i wypracował wielomilionowy prywatny majątek. Żart z rzekomego lenistwa Tuska byłyby może mniej żenujący, gdyby Morawiecki nie był doradcą ekonomicznym lidera PO przez cztery lata. Nie sposób nie zapytać też, czy wtedy nie widział problemu z luką VAT i czy informował o nim premiera. Jeśli III RP to faktycznie schody wiodące donikąd, to Morawiecki sam ponosi za to część odpowiedzialności.

Oczywiście, Morawiecki nie jest pierwszym, ani ostatni politykiem, który w kampanii wyborczej nieuczciwie atakuje konkurentów, przemilcza niepasujące do narracji fakty i składa wątpliwe obietnice. Pytanie tylko, na ile język, jaki PiS mówił przez ostatnie trzy lata zadziała w wyborach samorządowych.

Daremna roszada

Po trzech latach PiS utrzymał, a być może nawet lekko poszerzył swój stan posiadania z 2015 roku – co w polskiej polityce, gdzie rządząca partia tylko raz wygrała wybory, jest pewnym sukcesem. Z drugiej strony, mimo świetnej koniunktury i uruchomionych transferów socjalnych PiS ciągle daleki jest od całkowitej hegemonii, a około połowy aktywnych publicznie Polaków i Polek uważa, iż odsunięcie tej partii od władzy jest konieczne do ocalenia demokracji w Polsce.

W samorządach ta polaryzacja może jeszcze pracować na korzyść PiS. Partia Kaczyńskiego jest dziś na poziomie władzy lokalnej bardzo słaba – rządzi w jednym województwie, nie ma prezydenta w żadnym większym mieście. Jesienią PiS z pewnością weźmie co najmniej kilka województw, może uda się też z jakimś dużym miastem. Bliskie partii media ogłoszą wtedy sukces i potwierdzenie mandatu „dobrej zmiany”.

Ale już w następnych wyborach parlamentarnych retoryka, jaką dziś posługuje się Morawiecki, może się zużyć. Jeśli partia nie przyciągnie nowych wyborców, to wystarczy lekkie wahanie poparcia, jeden poważniejszy wizerunkowy kryzys, by jej samodzielna większość w przyszłym Sejmie pękła jak bańka mydlana.

Roszada wymieniająca Szydło na Morawieckiego miała zapobiec temu scenariuszowi. Nowy premier miał przemówić do wyborców odpornych na uroki pisowskiego, twardego aktywu: klasy średniej, przedsiębiorców, elity zawodowe, umiarkowanych wyborców niechętnych stanowi ciągłego politycznego wrzenia.

Dziś jest już jasne, że żaden zwrot ku centrum nie dokonał się i raczej już nie dokona za sprawą Morawieckiego. Premier mówi z grubsza tym samym językiem co Beata Szydło, czy Mariusz Błaszczak i trafia do bardzo podobnego elektoratu. Co z czasem może wywołać u Kaczyńskiego refleksję, czy roszada miała sens i czy ambitny Morawiecki jest najlepszą osobą do walki o drugą kadencję PiS. Ze względu na swój własny polityczny interes wewnątrz obozu władzy premier powinien więc być może rozważniej dobierać słowa.

Społeczeństwami rządzą emocje. Tę lekcję odrobiły prawicowe ruchy populistyczne przejmujące władzę w wielu miejscach demokratycznego świata. Umiejętnie je rozbudzają i eskalują, bazując na podstawowych fundamentach ludzkiej psychiki. Ich ulubionym jest tradycyjnie fundament świętości i upodlenia. Praktycznie zawsze świętością jest tu naród i jego niezależność, którą brukają imigranci mający doprowadzić do zniszczenia kraju. To wspólny mianownik łączący Orbána, Kaczyńskiego, Farage’a i Trumpa. A narracja ta działała wszędzie – nawet tam, gdzie imigrantów praktycznie nie widać, jak choćby w Polsce.

Kim są i czego chcą liderzy populistów w Europie?

Ruchy populistyczne nie gardzą też fundamentem autorytetu i buntu. Pomimo że ich przedstawiciele sami są w polityce od dekad lub zaliczają się do finansowej elity, budują poparcie na potrzebie buntu wobec elity: czy to „waszyngtońskie bagno”, lokalne elity polityczne i społeczne, czy też eurokraci. Ich następny ulubiony fundament to lojalność i zdrada – przeciwnicy są tu przedstawiani najczęściej jako pachołki obcych potęg. Nie da się jednak ukryć, że ten fundament przechodzi w ręce opozycji wskazującej na powiązania populistów – najczęściej z Rosją.

Nowa żelazna kurtyna. Populizm wschodni i zachodni

Trolle dla prawicowych populistów

Nie da się bowiem zaprzeczyć, że rosyjskie trolle internetowe w ostatniej rundzie wyborów wspierały prawicowych populistów (a wiemy, że w niektórych przypadkach pomoc szła o wiele dalej – co wykazuje na przykład komisja Muellera w USA). Czy zatem populiści to Płatni Zdrajcy Pachołki Rosji? Wykluczyć tego nie sposób, ale być może stanowią tylko narzędzie do osiągnięcia przez Moskwę zupełnie innych celów.

Spowiedź rosyjskich trolli w „New York Timesie”: Pracowaliśmy jak roboty

Utracona potęga Rosji

Rosja to kraj trapiony wieloma problemami, jednocześnie od czasu rozpadu ZSRR opłakujący utratę swej potęgi i marzący o odzyskaniu choć jej namiastek. Tymczasem sytuacja w tym kraju jest bardzo trudna przynajmniej na dwóch poziomach. Po pierwsze, transformacja z gospodarki socjalistycznej w oligarchiczną okazała się katastrofą. Jak wielka to katastrofa, najłatwiej dostrzec na przykładzie Ukrainy, która szła bliźniaczą ścieżką. Rosja nie wygląda tak fatalnie tylko dzięki zasobom surowców naturalnych, którymi finansuje społeczny spokój i marionetkowe rządy wasali. Jednak spadki cen ropy to uniwersalna oznaka nadchodzącego kryzysu w Rosji. Zresztą surowce naturalne to jak zwykle mieszane błogosławieństwo, bo rozleniwia, przez co Rosja znalazła się w sytuacji, w której nie jest nawet w stanie wyżywić swoich obywateli – mimo gigantycznych areałów. Drugi zaś powód ma naturę demograficznej zapaści pogłębianej problemem alkoholowym, epidemią AIDS oraz depresji. Perspektywy zaś nie wyglądają różowo – Rosja jest skazana na obniżanie swojej pozycji międzynarodowej.

Ukryci za (prawicowym) portalem

Podkopać innych, pozostać mocarstwem

Niezbędne reformy mogące odwrócić ten trend w samej Rosji są właściwie niemożliwe do przeprowadzenia, gdyż uderzałyby bezpośrednio w interesy rządzącej kleptokracji. Jednak utrzymanie mocarstwowej narracji jest obok zapewnienia minimum socjalnego warunkiem jej popularności. Dlatego jedyną alternatywą jest intensywne podkopywanie pozycji innych aktorów na scenie międzynarodowej. Nadzwyczaj użytecznym narzędziem okazał się internet, gdzie farmy rosyjskich trolli wpływały na opinię publiczną – zwłaszcza przed ważnymi wyborami. Rosja wspierała zwykle ruchy marginalne w celu podkopania pozycji istniejących elit. Efekty zaś były porażające: nagle okazywało się, że postaci niemające szans na zwycięstwo wygrywały z faworytami. Tak wygrał Donald Trump, Andrzej Duda i zwolennicy brexitu.

Czy to był cel działania rosyjskich trolli? Wydaje się, że nie oczekiwano aż tak daleko posuniętych skutków. Liczono na pewno na rozbudzenie tendencji izolacjonistycznych i wprowadzenie napięć wśród tradycyjnych sojuszników, osłabienie instytucji UE. Jednak doprowadzenie do rozpadu UE, kwestionowanie roli NATO przez prezydenta USA chyba przekraczało założone efekty programu. A może to dopiero początek rosyjskiego planu?

Rosjanie oskarżeni o ingerowanie w wybory w USA. Co konkretnie robili?

Trolle w debacie na temat szczepionek

Takie wnioski płyną pośrednio z wyników badań opublikowanego w „American Journal of Public Health” artykułu „Weaponized Health Communication: Twitter Bots and Russian Trolls Amplify the Vaccine Debate”, autorstwa Davida Broniatowskiego et al. Zespół analizował aktywność rosyjskich trolli w zakresie debat o szczepionkach. Pierwszym zaskoczeniem jest to, że rosyjskie trolle w ogóle się w takich kwestiach udzielają – w końcu nie jest to z punktu widzenia Rosji temat politycznie użyteczny. Trudno uwierzyć, że Rosjanie liczą, że trolle masowo przekonają matki do nieszczepienia dzieci, co przełoży się na masowe epidemie, które uderzą demograficznie w państwa Zachodu. Szczególnie że rosyjskie trolle nie wypowiadają się jedynie po stronie antyszczepionkowców – równie często obowiązkowych szczepień bronią. O co więc chodzi?

Rosyjska gra na destabilizację

Wygląda na to, że grę na emocjach Rosjanie opanowali jeszcze lepiej niż prawicowi populiści. I o ile ci pierwsi wykorzystali ją, grając po jednej stronie debaty w celu zdobycia władzy, o tyle Rosjanom chodziło o coś zgoła innego – podniesienie temperatury społecznego sporu, podważenie utartych konsensusów. Markowanie debaty po obu stronach sporu nie tylko angażowało już zainteresowanych, ale przede wszystkim zachęcało do opowiedzenia się po jednej ze stron przez wcześniej obojętnych. Innymi słowy, Rosji zależy na podziałach społecznych, a w dłuższej perspektywie – destabilizacji społeczeństw Zachodu. To, że destabilizacja przyniosła dodatkowo władzę siłom sprzyjającym rosyjskim interesom, wydaje się tylko dodatkową korzyścią. Przemawia za tym fakt, że rosyjskie boty nie zakończyły swojej działalności i penetrują kolejne tematy budzące społeczne emocje.

Rosyjskie fabryki trolli. Zalewają internet prokremlowskim przekazem, ale popełniają również błędy

Czego się zatem możemy spodziewać? Najwyraźniej rozdmuchiwania każdej debaty, która może się okazać kontrowersyjna: tak po stronie konserwatywnej, jak liberalnej. Celem bowiem wydaje się nie zwycięstwo konkretnej siły politycznej, ale destabilizacja. Ta zaś wymusza większe zaangażowanie w sprawy wewnętrzne kosztem spraw międzynarodowych. Co z kolei pozostawi Rosji wolne pole do prób odbudowania swojej mocarstwowości.

Dlaczego coraz częściej dajemy się uwieść populizmowi. Pięć lekcji

Tym razem Krystyna Pawłowicz postanowiła na Twitterze zadać pytanie ministrowi obrony narodowej Mariuszowi Błaszczakowi. – „Panie Ministrze ON, czy Pan wie, że krążą plotki, iż Mazguła i jego koledzy z wojska mają po przegraniu wyborów przez PO, na hasło opozycji o „sfałszowaniu wyborów przez PIS” wyprowadzić wojsko z koszar…? Ale chyba wszystko jest pod kontrolą?” – napisała Pawłowicz.

W kolejnym wpisie zapewniła: – „Nooo, słyszałam to od poważnych osób. Ja tylko pytam…”. Zaiste „mocne dowody” ma posłanka PiS, stawiając to pytanie…

– „Pani Pawłowicz najwyraźniej zaczyna się niepokoić, co będzie, jak wyjdzie na jaw, że PiS istotnie sfałszował wyniki wyborów”;

„Strach przed przegranymi wyborami przez PIS odbiera jej resztki rozumu”; – „Wojskowy zamach to raczej PiS szykuje a nie opozycja (OT, czyli armia Macierewicza na wschodnich terenach); – „A ja słyszałam, że Pawłowicz będzie brała udział w wyborach „Miss Polski”, nie wiem, czy to prawda, ale tak słyszałam… ja tylko pytam” – komentowali najnowszy „odlot” posłanki PiS.

„Uważam, że premier Morawiecki nie rozumie, co to jest prawda. Słuchając go wielokrotnie, w różnych miejscach, mam coraz więcej wątpliwości. On żyje w jakiejś meta-prawdzie czy fake-prawdzie, nie wiem, jak to nazwać. Dla niego świat się zaczął wraz z dojściem PiS-u do władzy. Nic wcześniej nie było” – powiedział Aleksander Kwaśniewski w TVN24. Były prezydent stwierdził, że Mateusz Morawiecki walczy o sukcesję w PiS i chce udowodnić Jarosławowi Kaczyńskiemu, że lepszego następcy od niego nie ma. – „W związku z tym posuwa się do stwierdzeń, które moim zdaniem są dyskwalifikujące. Morawiecki to przykład, jak ambicja i pozycja polityczna może przewrócić w głowie” – zauważył Kwaśniewski.

Były prezydent odniósł się do zawieszenia przez Europejską Sieć Rad Sądownictwa nowej KRS w prawach członka tej organizacji. Przypomnijmy, że w głosowaniu 100 głosów oddano za zawieszeniem, przy 6 przeciwnych i 9 wstrzymujących się. – „Wynik głosowania jest najsmutniejszy. To jest dowód na to, że Polska w strukturach Unii Europejskiej jest osamotniona i nie może liczyć na tych sojuszników, na których rządzący bardzo liczą, np. na Węgrów, Czechów czy Słowaków, bo ten wynik byłby inny, może nie 100 do 6, tylko 90 do 16” – podsumował.

Po raz kolejny Kwaśniewski skomentował słowa o Andrzeja Dudy o UE jako „wyimaginowanej wspólnocie”. – „Te słowa są nieprawdziwe w faktach. Bo Unia dała nam bardzo dużo. Musimy zacząć walczyć z nieprawdą. To, co proponuje dziś PiS ustami swoich najwyższych przedstawicieli, prezydenta i premiera, jest niebywałe. Tak mijać się z prawdą, tak ją omijać, to rzeczy, które znamy z bardzo zamierzchłych czasów. Polska ustami prezydenta wpisuje się w nurt antyeuropejski, na czele którego stoi Władimir Putin.” – podkreślił Kwaśniewski w TVN24.

Waldemar Mystkowski pisze, do czego używane jest PiS i przez kogo.

PiS w sprawowaniu pełnej władzy przeszkadzają obowiązujące na Zachodzie standardy demokratyczne i niezależne sądownictwo.

Liderka francuskiej skrajnej prawicy Marine Le Pen spozycjonowała PiS w dzisiejszej Europie, określając, iż „w Polsce, na Węgrzech i w Austrii nasze idei są u władzy”. Ta przeciwniczka Unii Europejskiej otwartym tekstem powiedziała to, co skrywają Jarosław Kaczyński i Mateusz Morawiecki: wychodzimy z projektu unijnego, aby zasklepić się w tradycji narodów znanej przed 1939 rokiem, a jeszcze lepiej przed 1918.

Nie mamy takich dowodów, jakie mają opozycje we Francji, na Węgrzech, w Austrii czy nawet w USA, iż „nasze idee u władzy” to poręczne ekspozytury uprawiania polityki zagranicznej przez Kreml. „Nasi u władzy” grają na rozbicie Unii Europejskiej, tak jak PiS, któremu w sprawowaniu pełnej władzy przeszkadzają obowiązujące na Zachodzie standardy demokratyczne i niezależne sądownictwo.

Jarosławowi Kaczyńskiemu, który mimo niemocy fizycznej uczestniczy w kampanii samorządowej, przeszkadzają samorządy – w jego wizji partia centralnie powinna zarządzać samorządem. Nawet na tym poziomie mamy do czynienia z kolejnym odwołaniem do tradycji, tym razem do PRL-u.

Prezes PiS postraszył wyborców, iż jeżeli przy urnie nie wskażą na kandydata PiS, to zostanie im oskoma, a nie pieniądze: – „W gminie trzeba budować, poprawiać drogę, to są potrzebne pieniądze z centrali, centrala to z kolei rząd”, czytając wprost znaczy, że tylko samorządy zarządzane przez PiS będą mogły liczyć na finansowe wsparcie rządu. Taka dotacja będzie uzależniona od „naszego człowieka u władzy”, a nie od złożonej odpowiedniej aplikacji, wniosku.

Coś tam bąknął Kaczyński, iż PiS szykuje nam dobrobyt: – „Chcemy, aby w Polsce było najpierw tak jak we Włoszech, a w końcu tak jak w Niemczech”. Stwierdzenie ni przypiął, ni przyłatał, bo z tym rządem raczej zbliżamy się do Grecji i do podobnych gospodarek, które zostały zrujnowane przez podobny pisowskiemu populizm.

Z Kaczyńskim jest jednak tak, iż język zawsze go obnaża, nie tylko poprzez lapsusy („nikt nam nie powie, że białe jest białe…”), ale przede wszystkim przez freudystyczne budowanie pojęć, które obnażają wyobraźnię mówiącego. „Język powie to, co pomyśli głowa” (Słowacki) i ten passus nacjonalistyczny Kaczyńskiego da się odczytać następująco, co zresztą publicyści od razu wychwycili z lekka trawestując autora, który wraz z Morawieckim szykuje nam przyszłość: „Najpierw jak we Włoszech po 1922, a potem jak w Niemczech po 1933…”, chyba bardziej otwartej deklaracji Kaczyński nigdy nie złożył.

Zupełnie dzisiaj bez formy jest Mateusz Morawiecki, zwykle kradnący własność intelektualną. W Zachodniopomorskiem był łaskaw powiedzieć: – „Stoimy w momencie, kiedy nie ma już Polski A i Polski B”. Przepraszam, ale on już nie raz okazał się w ojczystej mowie pokraką, bowiem z powyższego zdania wynika, że obecnie jest Polska C.

Ponadto u Morawieckiego coraz wyraźniej widać jego bardzo złą cechę psychiczną, on nie lubi ludzi sytuowanych gorzej od siebie, Morawiecki gardzi ludźmi. Nawet bardziej niż Kaczyński nadaje się na dużą prozę narracyjną, która obnażałaby małość jako immanentną cechę podobnego człowieka. Dla Morawieckiego liczy się władza, a Polska to nie B, lecz zwykłe be, które można przeciągnąć do bee.

O tym, że wychodzimy z Unii, świadczy przygotowany przez Komisję Europejską pozew do Trybunału Sprawiedliwości UE w związku z ustawą o Sądzie Najwyższym. Wiceszef KE Frans Timmermans zapowiedział, że decyzja zapadnie w środę. Zdziwieni? Kraje europejskie w swoim projekcie cywilizacyjnym nie chcą mieć Białorusi, „naszych u władzy”, w istocie – w najgorszym wypadku – mimowolną ekspozyturę Kremla, bo kto chce być rozwalany od wewnątrz, kto godzi się, aby na salonach szalała V kolumna? Hę?

To nam pierwszym powinno zależeć na umacnianiu europejskiej wspólnoty. W naszym przypadku chodzi o coś więcej niż o infrastrukturę drogową. Stawką jest nasze być albo nie być. Albo będziemy we wspólnocie z innymi takimi jak my, albo nas nie będzie.

>>>

Post Navigation